środa, 2 września 2015

• 2. Just a trick of light to bring me back around again.

*
Lotnisko Heathrow było tym punktem Londynu, od którego stroniła chyba najbardziej. Nie było bowiem dnia, by zastała je z małym natłokiem ludzi, nie mówiąc już nawet o opustoszałym gmachu. Z tego właśnie powodu zmuszona była lawirować między spieszącymi się ludźmi z małą walizką, wlekącą się tuż za jej plecami. W dłoni miętosiła niezbędne dokumenty, a także bilet, jaki udało jej się zakupić dosłownie w ostatniej chwili.

W momencie gdy miała udawać się do odpowiedniego okienka, znajoma postać zamajaczyła jej przed oczami, przez co gwałtownie przystanęła. Jakież było jej zdziwienie, kiedy kilka metrów od miejsca, gdzie miała zniknąć, by udać się do samolotu, siedział wysoki chłopak ubrany w podarte jeansy i czarną koszulkę, na którą zarzucił jedynie flanelową koszulę w czerwoną kratę. Jego brązowe włosy przykryte były czapeczką z daszkiem, a mimo tego nie zostały w pełni ujarzmione, stercząc dumnie spod nakrycia. Na nosie chłopaka spoczywały czarne okulary, a on sam, jak gdyby nigdy nic z nogą wspartą na drugim kolanie, siedział rozwalony niczym pan i władca na niewygodnym krzesełku.

Na ustach dziewczyny momentalnie pojawił się uśmiech, który pokonał ogromne zaskoczenie. Zawsze bawiła ją ta optymistyczność i bezstresowe podejście do wszystkiego, jakie miał w zwyczaju mieć szatyn.

- Dan? – Chłopak w momencie podskoczył w miejscu, ściągając okulary, po czym wstał na równe nogi i podchodząc do Ally, cmoknął ją w czubek głowy. – Co ty tutaj robisz?

- Sprawdziłem twój lot i pomyślałem, że wpadnę się jeszcze pożegnać, skoro wcześniej nie znalazłaś czasu. - To mówiąc, podrapał się po karku, posyłając towarzyszce ostrożny uśmiech. Ta natomiast roześmiała się serdecznie, rozładowując całe napięcie powstałe między nimi.

- Jakiś ty dobroduszny ostatnio. Pewnie potrzebujesz notatek, żeby przygotować się do egzaminów, co? – zażartowała. Dobrze jednak wiedziała, że Daniel zjawił się na lotnisku ze względu na troskę, jaką żywił do niej samej, a to wszystko związane było z ich przyjaźnią.

Chłopak również pochodził z Bradford. Znał Alleę już od podstawówki, choć w dalszym ciągu był to okres krótszy niż ten, związany ze znajomością blondynki i Zayna. Na tamtym etapie edukacji jakoś nieszczególnie byli zżyci. Ich stosunki ograniczały się do zwykłego „cześć”. Czasami tylko dochodziły pytania związane z samopoczuciem czy też szkolnymi eventami. Relacje zacieśnili dopiero dzięki dodatkowym zajęciom dziennikarskim prowadzonym przez jedną z nauczycielek w poniedziałkowe popołudnia. Oboje mieli podobne zainteresowanie związane z pisaniem. Ona traktowała to z dystansem, jednak nie ukrywała, że chciałaby związać z tym swoją przyszłość. On podchodził do tego jednak jak do zwykłego hobby, które można przy okazji rozwijać.

Największy wstrząs jaki przeżyła ich znajomość związany był z Zaynem, a konkretniej z jego karierą. Po przesłuchaniu w programie  X Factor przyszła pora na kolejne etapy. Skończyło się na trzecim miejscu w wielkim finale, jednak zespół poszedł dalej. Nikt nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Malik zmuszony był do zrezygnowania ze szkoły. Ciągłe wyjazdy, wywiady, aż wreszcie trasa. Coraz częściej nie było go w domu, ale przecież Ally pozostała. Rozmowy z Dannym stały się jej codziennością. To z nim zaczęła chodzić do szkoły, z nim jadła lunch. Z nim spędzała wolny czas. Stopniowo zaczął on wypełniać pustkę w codzienności, jaką zostawił po sobie Zayn. Jednak nigdy w pełni mu się to nie udało. Bo przecież on nigdy nie był Zaynem.

- Nie, nie. Nic z tych rzeczy – zaczął się komicznie, bronić, wytykając dłonie we wszystkie możliwe strony. – Ja tylko… Ugh, wróć, Ally. Okay? – Spojrzał na nią już całkiem poważnie, wkładając dłonie do kieszeni, by tylko ograniczyć okazywanie ich zdolności manualnych.

- Jasne, że wrócę. Szybciej niż ci się wydaje – odparła ze szczerym uśmiechem. Zdążyła go jeszcze tylko mocno przytulić, gdyż już po chwili została poproszona do udania się na odprawę. Odwróciła się jeszcze przy szklanych drzwiach, by dostrzec wysokiego szatyna, energicznie machającego w jej stronę.

*

Rzęsisty deszcz padał z granatowego nieba, gdy wielki ptak wylądował na lotnisku w Nowym Jorku. Pogoda ani trochę nie przypominała tej, która żegnała ją w Londynie, przez co poczuła się jeszcze bardziej obco. 
Gdy przechodziła do głównego budynku, deszcz przesiąknął jej cienki płaszcz, budząc na fakturze różanej skóry polanę gęsiej skórki. Nikt z obsługi nie wpadł bowiem na pomysł, by dostawić awaryjny szyb. Tym sposobem siedziała w zupełnie obcym miejscu, całkiem sama, a dreszcz wstrząsał co chwila jej ciałem.

Nie czekał na nią.

Myślała, że znajdzie go tutaj, między nieznajomymi ludźmi, w nowy miejscu. Gdzieś przecież musiał być,  skoro nie mogła go odnaleźć w rodzinnej miejscowości, w rozmowach znajomych, czy też w połach pościeli. Zamiast jego ciepłego ciała otrzymała nieprzyjemne chluśnięcia w twarz brudnym deszczem i zimnym wiatrem. Trwała w bezruchu wbijając paznokcie w materiał swetra, by opanować rozczarowanie wypływające z jej ciał. W dłoni trzymała zakleszczony telefon, który za żadne skarby świata nie chciał połączyć jej z brunetem. Dopiero czyjaś duża dłoń położona na jej ramieniu przywołała ją z powrotem do życia. Gwałtownie przechyliła głowę w stronę właściciela owej ręki, a przed jej oczami staną sam Paul.

- Ally, chwała bogu, już myślałem, że się zgubiłaś, a on by mnie przecież za to zabił. Szukam cię wszędzie od dobrych dwudziestu minut. Wszystko przez ten samolot. Nie wiedziałem, że będziesz wcześniej.

Blondynka spokojnie stała, wsłuchując się w monolog ochroniarza. Od zawsze było on jednym z jej ulubieńców wśród ekipy zespołu. To dzięki niemu czuła się dobrze, gdy po raz pierwszy została zaproszona na wspólne przyjęcie. Haggins był osobą otwartą i niesamowicie ciepłą, która chowała swoją osobowość za obojętną maską. Dzięki jego charakterowi, Allea nie czuła różnicy wieku jaka dzieliła ją i mężczyznę.

Paul skończywszy wypowiedź, przejął walizkę, po czym uważnie spojrzał na dziewczynę. Westchnął głęboko, wskazując jej drogę do wyjścia.

- Kazał przeprosić, że nie był tutaj osobiście. Przez jakieś usterki techniczne musieli przełożyć próbę. Ale czeka na ciebie na miejscu – wyjaśnił mężczyzna, gdy znaleźli się na parkingu, po czym zładowawszy samochód, ruszył w stronę areny.

      *
Jaskrawe światła rozjaśniały szeroki korytarz na tyłach wielkiej areny koncertowej. Dookoła ustawione były pudła nagłaśniające, wszędzie plątały się kable, a ludzie z wielkim zawzięciem krzątali się między tymi ścianami, dopinając na ostatni guzik wszystko co związane było z koncertem.

Ally nigdy nie czuła się pewnie w takim otoczeniu, jednak ze wszystkich sił starała się przemóc tę wewnętrzną blokadę. To jednak nadal nie był jej świat - ta przepełniona sławami masa, gdzie liczył się jedynie sukces, pieniądze i skandale, a wszelakiego rodzaju porażki były niedopuszczalne to obca dla niej kraina. Wszyscy bowiem jesteśmy ludźmi, a niepowodzenia są częścią życia. Nie można tego pominąć. Ona, jako początkująca dziennikarka, skupiała się właśnie na tym, na problemach i walce o sukces. Chciała widzieć obraz prawdziwego życia, a nie suchej skorupy pozbawionej grama wody, jaką był show biznes.

Zaciskając palce na pasku czarnej torebki przecisnęła się przez kolejną grupkę ludzi i spojrzeniem namierzyła drzwi z poszukiwaną plakietką. Złapała za gałkę i z łomoczącym sercem uchyliła drewnianą powłokę. Jej oczom ukazało się przestronne pomieszczenie z licznymi lustrami i rozstawionymi dookoła kanapami. Pod przeciwległą ścianą ustawiony był suty bufet, a obok niego walały się różnego rodzaju torby, reklamówki i plecaki. Dużo ludzi okupowało to pomieszczenie. Z nich wszystkich znała maksymalnie siedem osób, co jeszcze bardziej ją przestraszyło.

Uchylenie drzwi nie pozostało niezauważone. Niemal wszystkie pary oczu skupiły się na jej garbiącej się sylwetce. Nie zdawała sobie sprawy, że wstrzymuje oddech, aż do momentu, kiedy jej duże oczy nie napotkały czekoladowego spojrzenia chłopaka stojącego z samego tyłu. Wreszcie mogła głęboko odetchnąć, a niewyjaśniony ciężar spadł z jej ramion.

- Al – wydukał Zayn. Jego twarz wyrażała szczere zaskoczenie, co w pewnym stopniu wyglądało dość komicznie. Nie zważając na nic, ruszył w stronę słabo uśmiechającej się dziewczyny. Szybko zagarnął jej ciało w swoje ramiona, przez co zmuszona była oderwać stopy od podłoża. Początkowo nie zdawała sobie sprawy, że w zasadzie stali już poza drzwiami garderoby. Zorientowała się dopiero wtedy, gdy podciągnęła się na jego barkach, przyciskając jego głowę do swojej szyi. Zza futryny wyglądały uśmiechnięte twarze Harry’ego i Liama, a już w chwilę później w zasięgu jej pola widzenia nie było nikogo.

Czuła oddech bruneta na swoim ciele, a jego palce wpijały się w skórę okrywającą żebra, powodując dreszcze na delikatnej skórze. Wtuliła policzek w jego włosy, usiłując uspokoić ciało chłopaka.

- Potrzebuję cię, Ally – wyszeptał tuż przy jej uchu. Dopiero po dłuższej chwili wypuścił ją ze swoich objęć.

Spojrzał w lśniące oczy, które już nie były takie same. Czas robi swoje, lata uciekając, nawet nie racząc muśnięciem naszych palców. Jej spojrzenie zmieniło się. Niegdyś błyszczało czystym błękitem, teraz nie potrafiło ustosunkować się co do koloru. Gdy była zła, bądź też smutna, jej tęczówki stawały się szare jak pokruszony grafit. W jasnym świetle były one zielone jak morskie odmęty fal. Zaraz po przebudzeniu przybierały odcień królewskiego błękitu, który pogłębiał się, gdy spod powiek wydostawały się łzy. Jednak najbardziej lubił je wtedy, gdy się uśmiechała – były bowiem tego samego koloru co te kilkanaście lat wcześniej. To kolorystyczne niezdecydowanie lubił nazywać odzwierciedleniem jej charakteru – była osobą zawierającą w swoim wnętrzu ogrom ciepła, kurczowo uczepionym wyjątkowej emocjonalności, podczas gdy ona klęła na nie jak szewc. Zawsze bowiem chciała mieć oczy jednakowego koloru. Po prostu nie lubiła niezdecydowania, chociaż sama przodowała w jego praktykowaniu. I była to jedna z wielu jej sprzeczności.

W niebieskich tęczówkach ujrzał jednak to samo, co zawsze. Ciepło i pokrzepienie. Tego właśnie mu brakowało. Nie mógł się za to pozbyć świadomości, że to stojące przed nim chuchro walczy z samym sobą, by przy pierwszej lepszej sposobności nie dać nogi. Liczył się z jej strachem. Doceniał, co dla niego robi.

- Dobrze, że już jesteś.
*

My salvation. My, my.



a/n: Cześć, Miśki! Rozdział miał się pojawić w poniedziałek, ale chciałam domknąć sprawę z prawkiem, a wczorajsze ostatnie wolne popołudnie miałam zajęte (łapałam ostatnie chwile wolności), także z tego wszystkiego wyniknął mały poślizg. Ale zdałam, w miarę się przestawiam na rok szkolny, więc i rozdział wrzucam. Powiem Wam, że nie widzę tej klasy maturalnej. Oj, nie widzę zupełnie. Anyway, trzymajcie się przez te miesiące. I powodzenia!

#WakeMeUpFF

@hemminzg



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz