*
Lotnisko Heathrow było tym punktem Londynu,
od którego stroniła chyba najbardziej. Nie było bowiem dnia, by zastała je z
małym natłokiem ludzi, nie mówiąc już nawet o opustoszałym gmachu. Z tego
właśnie powodu zmuszona była lawirować między spieszącymi się ludźmi z małą
walizką, wlekącą się tuż za jej plecami. W dłoni miętosiła niezbędne dokumenty,
a także bilet, jaki udało jej się zakupić dosłownie w ostatniej chwili.
W momencie gdy miała udawać się do
odpowiedniego okienka, znajoma postać zamajaczyła jej przed oczami, przez co
gwałtownie przystanęła. Jakież było jej zdziwienie, kiedy kilka metrów od
miejsca, gdzie miała zniknąć, by udać się do samolotu, siedział wysoki chłopak
ubrany w podarte jeansy i czarną koszulkę, na którą zarzucił jedynie flanelową koszulę
w czerwoną kratę. Jego brązowe włosy przykryte były czapeczką z daszkiem, a
mimo tego nie zostały w pełni ujarzmione, stercząc dumnie spod nakrycia. Na
nosie chłopaka spoczywały czarne okulary, a on sam, jak gdyby nigdy nic z nogą
wspartą na drugim kolanie, siedział rozwalony niczym pan i władca na
niewygodnym krzesełku.
Na ustach dziewczyny momentalnie pojawił
się uśmiech, który pokonał ogromne zaskoczenie. Zawsze bawiła ją ta
optymistyczność i bezstresowe podejście do wszystkiego, jakie miał w zwyczaju
mieć szatyn.
- Dan? – Chłopak w momencie podskoczył w
miejscu, ściągając okulary, po czym wstał na równe nogi i podchodząc do Ally,
cmoknął ją w czubek głowy. – Co ty tutaj robisz?
- Sprawdziłem twój lot i pomyślałem, że
wpadnę się jeszcze pożegnać, skoro wcześniej nie znalazłaś czasu. - To mówiąc,
podrapał się po karku, posyłając towarzyszce ostrożny uśmiech. Ta natomiast
roześmiała się serdecznie, rozładowując całe napięcie powstałe między nimi.
- Jakiś ty dobroduszny ostatnio. Pewnie
potrzebujesz notatek, żeby przygotować się do egzaminów, co? – zażartowała.
Dobrze jednak wiedziała, że Daniel zjawił się na lotnisku ze względu na troskę,
jaką żywił do niej samej, a to wszystko związane było z ich przyjaźnią.
Chłopak również pochodził z Bradford. Znał
Alleę już od podstawówki, choć w dalszym ciągu był to okres krótszy niż ten,
związany ze znajomością blondynki i Zayna. Na tamtym etapie edukacji jakoś
nieszczególnie byli zżyci. Ich stosunki ograniczały się do zwykłego „cześć”.
Czasami tylko dochodziły pytania związane z samopoczuciem czy też szkolnymi
eventami. Relacje zacieśnili dopiero dzięki dodatkowym zajęciom dziennikarskim
prowadzonym przez jedną z nauczycielek w poniedziałkowe popołudnia. Oboje mieli
podobne zainteresowanie związane z pisaniem. Ona traktowała to z dystansem,
jednak nie ukrywała, że chciałaby związać z tym swoją przyszłość. On podchodził
do tego jednak jak do zwykłego hobby, które można przy okazji rozwijać.
Największy wstrząs jaki przeżyła ich
znajomość związany był z Zaynem, a konkretniej z jego karierą. Po przesłuchaniu
w programie X Factor przyszła pora na kolejne etapy.
Skończyło się na trzecim miejscu w wielkim finale, jednak zespół poszedł dalej.
Nikt nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Malik zmuszony był do zrezygnowania
ze szkoły. Ciągłe wyjazdy, wywiady, aż wreszcie trasa. Coraz częściej nie było
go w domu, ale przecież Ally pozostała. Rozmowy z Dannym stały się jej
codziennością. To z nim zaczęła chodzić do szkoły, z nim jadła lunch. Z nim
spędzała wolny czas. Stopniowo zaczął on wypełniać pustkę w codzienności, jaką
zostawił po sobie Zayn. Jednak nigdy w pełni mu się to nie udało. Bo przecież
on nigdy nie był Zaynem.
- Nie, nie. Nic z tych rzeczy – zaczął się
komicznie, bronić, wytykając dłonie we wszystkie możliwe strony. – Ja tylko…
Ugh, wróć, Ally. Okay? – Spojrzał na nią już całkiem poważnie, wkładając dłonie
do kieszeni, by tylko ograniczyć okazywanie ich zdolności manualnych.
- Jasne, że wrócę. Szybciej niż ci się
wydaje – odparła ze szczerym uśmiechem. Zdążyła go jeszcze tylko mocno
przytulić, gdyż już po chwili została poproszona do udania się na odprawę.
Odwróciła się jeszcze przy szklanych drzwiach, by dostrzec wysokiego szatyna,
energicznie machającego w jej stronę.
*
Rzęsisty deszcz padał z granatowego nieba,
gdy wielki ptak wylądował na lotnisku w Nowym Jorku. Pogoda ani trochę nie
przypominała tej, która żegnała ją w Londynie, przez co poczuła się jeszcze
bardziej obco.
Gdy przechodziła do głównego budynku,
deszcz przesiąknął jej cienki płaszcz, budząc na fakturze różanej skóry polanę
gęsiej skórki. Nikt z obsługi nie wpadł bowiem na pomysł, by dostawić awaryjny
szyb. Tym sposobem siedziała w zupełnie obcym miejscu, całkiem sama, a dreszcz
wstrząsał co chwila jej ciałem.
Nie czekał na nią.
Myślała, że znajdzie go tutaj, między
nieznajomymi ludźmi, w nowy miejscu. Gdzieś przecież musiał być, skoro nie mogła go odnaleźć w rodzinnej
miejscowości, w rozmowach znajomych, czy też w połach pościeli. Zamiast jego
ciepłego ciała otrzymała nieprzyjemne chluśnięcia w twarz brudnym deszczem i
zimnym wiatrem. Trwała w bezruchu wbijając paznokcie w materiał swetra, by
opanować rozczarowanie wypływające z jej ciał. W dłoni trzymała zakleszczony
telefon, który za żadne skarby świata nie chciał połączyć jej z brunetem.
Dopiero czyjaś duża dłoń położona na jej ramieniu przywołała ją z powrotem do
życia. Gwałtownie przechyliła głowę w stronę właściciela owej ręki, a przed jej
oczami staną sam Paul.
- Ally, chwała bogu, już myślałem, że się
zgubiłaś, a on by mnie przecież za to zabił. Szukam cię wszędzie od dobrych
dwudziestu minut. Wszystko przez ten samolot. Nie wiedziałem, że będziesz
wcześniej.
Blondynka spokojnie stała, wsłuchując się w
monolog ochroniarza. Od zawsze było on jednym z jej ulubieńców wśród ekipy
zespołu. To dzięki niemu czuła się dobrze, gdy po raz pierwszy została
zaproszona na wspólne przyjęcie. Haggins był osobą otwartą i niesamowicie
ciepłą, która chowała swoją osobowość za obojętną maską. Dzięki jego
charakterowi, Allea nie czuła różnicy wieku jaka dzieliła ją i mężczyznę.
Paul skończywszy wypowiedź, przejął
walizkę, po czym uważnie spojrzał na dziewczynę. Westchnął głęboko, wskazując
jej drogę do wyjścia.
- Kazał przeprosić, że nie był tutaj
osobiście. Przez jakieś usterki techniczne musieli przełożyć próbę. Ale czeka
na ciebie na miejscu – wyjaśnił mężczyzna, gdy znaleźli się na parkingu, po
czym zładowawszy samochód, ruszył w stronę areny.
*
Jaskrawe światła rozjaśniały szeroki
korytarz na tyłach wielkiej areny koncertowej. Dookoła ustawione były pudła
nagłaśniające, wszędzie plątały się kable, a ludzie z wielkim zawzięciem
krzątali się między tymi ścianami, dopinając na ostatni guzik wszystko co
związane było z koncertem.
Ally nigdy nie czuła się pewnie w
takim otoczeniu, jednak ze wszystkich sił starała się przemóc tę wewnętrzną
blokadę. To jednak nadal nie był jej świat - ta przepełniona sławami masa,
gdzie liczył się jedynie sukces, pieniądze i skandale, a wszelakiego rodzaju
porażki były niedopuszczalne to obca dla niej kraina. Wszyscy bowiem jesteśmy
ludźmi, a niepowodzenia są częścią życia. Nie można tego pominąć. Ona, jako
początkująca dziennikarka, skupiała się właśnie na tym, na problemach i walce o
sukces. Chciała widzieć obraz prawdziwego życia, a nie suchej skorupy
pozbawionej grama wody, jaką był show biznes.
Zaciskając palce na pasku czarnej
torebki przecisnęła się przez kolejną grupkę ludzi i spojrzeniem namierzyła
drzwi z poszukiwaną plakietką. Złapała za gałkę i z łomoczącym sercem uchyliła
drewnianą powłokę. Jej oczom ukazało się przestronne pomieszczenie z licznymi
lustrami i rozstawionymi dookoła kanapami. Pod przeciwległą ścianą ustawiony
był suty bufet, a obok niego walały się różnego rodzaju torby, reklamówki i
plecaki. Dużo ludzi okupowało to pomieszczenie. Z nich wszystkich znała
maksymalnie siedem osób, co jeszcze bardziej ją przestraszyło.
Uchylenie drzwi nie pozostało
niezauważone. Niemal wszystkie pary oczu skupiły się na jej garbiącej się
sylwetce. Nie zdawała sobie sprawy, że wstrzymuje oddech, aż do momentu, kiedy
jej duże oczy nie napotkały czekoladowego spojrzenia chłopaka stojącego z
samego tyłu. Wreszcie mogła głęboko odetchnąć, a niewyjaśniony ciężar spadł z
jej ramion.
- Al – wydukał Zayn. Jego twarz
wyrażała szczere zaskoczenie, co w pewnym stopniu wyglądało dość komicznie. Nie
zważając na nic, ruszył w stronę słabo uśmiechającej się dziewczyny. Szybko
zagarnął jej ciało w swoje ramiona, przez co zmuszona była oderwać stopy od
podłoża. Początkowo nie zdawała sobie sprawy, że w zasadzie stali już poza
drzwiami garderoby. Zorientowała się dopiero wtedy, gdy podciągnęła się na jego
barkach, przyciskając jego głowę do swojej szyi. Zza futryny wyglądały uśmiechnięte
twarze Harry’ego i Liama, a już w chwilę później w zasięgu jej pola widzenia
nie było nikogo.
Czuła oddech bruneta na swoim ciele,
a jego palce wpijały się w skórę okrywającą żebra, powodując dreszcze na
delikatnej skórze. Wtuliła policzek w jego włosy, usiłując uspokoić ciało chłopaka.
- Potrzebuję cię, Ally – wyszeptał tuż
przy jej uchu. Dopiero po dłuższej chwili wypuścił ją ze swoich objęć.
Spojrzał w lśniące oczy, które już
nie były takie same. Czas robi swoje, lata uciekając, nawet nie racząc
muśnięciem naszych palców. Jej spojrzenie zmieniło się. Niegdyś błyszczało
czystym błękitem, teraz nie potrafiło ustosunkować się co do koloru. Gdy była
zła, bądź też smutna, jej tęczówki stawały się szare jak pokruszony grafit. W
jasnym świetle były one zielone jak morskie odmęty fal. Zaraz po przebudzeniu
przybierały odcień królewskiego błękitu, który pogłębiał się, gdy spod powiek
wydostawały się łzy. Jednak najbardziej lubił je wtedy, gdy się uśmiechała –
były bowiem tego samego koloru co te kilkanaście lat wcześniej. To
kolorystyczne niezdecydowanie lubił nazywać odzwierciedleniem jej charakteru –
była osobą zawierającą w swoim wnętrzu ogrom ciepła, kurczowo uczepionym wyjątkowej
emocjonalności, podczas gdy ona klęła na nie jak szewc. Zawsze bowiem chciała mieć
oczy jednakowego koloru. Po prostu nie lubiła niezdecydowania, chociaż sama
przodowała w jego praktykowaniu. I była to jedna z wielu jej sprzeczności.
W niebieskich tęczówkach ujrzał
jednak to samo, co zawsze. Ciepło i pokrzepienie. Tego właśnie mu brakowało.
Nie mógł się za to pozbyć świadomości, że to stojące przed nim chuchro walczy z
samym sobą, by przy pierwszej lepszej sposobności nie dać nogi. Liczył się z
jej strachem. Doceniał, co dla niego robi.
- Dobrze, że już jesteś.
*
My salvation. My, my.
a/n: Cześć, Miśki! Rozdział miał się pojawić w poniedziałek, ale chciałam domknąć sprawę z prawkiem, a wczorajsze ostatnie wolne popołudnie miałam zajęte (łapałam ostatnie chwile wolności), także z tego wszystkiego wyniknął mały poślizg. Ale zdałam, w miarę się przestawiam na rok szkolny, więc i rozdział wrzucam. Powiem Wam, że nie widzę tej klasy maturalnej. Oj, nie widzę zupełnie. Anyway, trzymajcie się przez te miesiące. I powodzenia!
#WakeMeUpFF
@hemminzg

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz