sobota, 3 grudnia 2016

• 18. Cause you never were, and you never will be mine.


*
            Samochody tłoczyły się na ulicach Londynu, co chwilę rozbryzgując dookoła brudne kałuże pozostałe po porannym deszczu. Nie przeszkadzało to jednak Ally, która przebierając nogami jak najszybciej mogła, mijała kolejne budynki, a czasami manewrowała między maskami zaparkowanych na poboczach samochodów z uśmiechem na ustach. Podekscytowana przebiegła przez ulicę, skręcając w dochodzący do niej wąski deptak między trzypiętrowymi kamienicami, który z kolei doprowadził ją do średniego domu ogrodzonego wysokim płotem, poprzetykanym gęstymi pasmami bluszczu.

            Wcisnęła guzik domofonu i już po chwili biegła długim podjazdem wprost do drzwi wejściowych. Wpadła na nie z impetem, a one jak gdyby nic, ustąpiły.

            - Zayn?! – pisnęła zdyszana, odgarniając pasmo włosów za ucho. Każda komórka jej ciała paliła. Wydzierała się spomiędzy lichych włókien i lgnęła do Niego.

            Czas jego nieobecności był trudny. Obnażał pewnego rodzaju uzależnienie. Silną, aczkolwiek niewidoczną nić, łączącą ich w jedną całość pełną słów, chaosu i wspomnień. Tak jakby serce było na nikotynowym odwyku i żądało odrobiny skażonego oddechu, tlącego się papierosa, którego dym wypełniał żyły, powodując puchnięcie emocji. Zastrzyku. Jednego prostego zastrzyku wprowadzającego spokój i kończącego wojnę tego, co niewypowiedziane. Tego, co od dłuższego czasu pozostawało spychane.

            Wyłonił się zza drewnianej powłoki w chwilę później, jak przekroczyła próg mieszkania. Jedyne co zdążył podłapać, to błękitne spojrzenie migoczące radością. Nie zwracała uwagi na swoje lęki, na to, co czuła przez ten czas. Najzwyczajniej wspięła się na palce i zawisła na jego szyi, wtulając się w granatową podkoszulkę.
            - Hej, spokojnie – zaśmiał się, wykonując dwa kroki w tył, gdyż nie był przygotowany na tak żywe powitanie. Chwilowa konsternacja minęła jednak i poczuwszy znajome ciało, przyciągnął je bliżej siebie, wreszcie nabierając w płuca znajomego powietrza.
            - Wreszcie jesteś… bo ja tak bardzo… ale ty dobrze wiesz…. Miałam ci tyle do opowiedzenia… i nie mogłam… ale czekałam aż wrócisz… - mamrotała, nie kończąc ani jednego zdania. Gubiła się w słowach, zapominała celu. Tak wiele chciała mu przekazać.
            - Wiem, All – wymamrotał ze śmiechem, a wtedy gorący oddech owiał jej szyję, powodując polanę gęsiej skórki na papierowej skórze.
            - Przepraszam, ale co tutaj się dzieje? – mocny głos odbił się od ścian mieszkania, swoim echem powodując drżenie w żołądku Allei. Chociaż bardziej od tego, skurczu przysporzyła świadomość tego, co zaraz miało nastąpić. Bo ona wiedziała. Odkąd Zayn powiedział jej, że musi kogoś poznać, próbowała się na to przygotować. Łudziła się, że to może nie nastąpić. A jednak. I mimo świadomości, że ta chwila kiedyś nadejdzie, poczuła na karku palące ciepło.
            Oderwali się od siebie, a oczom blondynki ukazał się dość nietypowy obraz, przez który musiała powstrzymać grymas.
            Stała bowiem przed nią wysoka dziewczyna, mniej więcej w jej wieku. Jej smukłą sylwetkę i długie nogi uwydatniaj, a jakże, biały ręcznik, którym była owinięta. Jej różana skóra mieniła się od kropelek wody, jakby dopiero przed chwilą wyszła z wanny. Platynowe włosy, które wymknęły się spod gumki, kleiły się do owalnej twarzy, na której widniał chłodny wyraz.
            - Brałam właśnie kąpiel, kiedy usłyszałam, że zamieszanie i się wystraszyłam – odezwała się, piwnymi oczami wyczekująco  spoglądając na dwójkę przyjaciół.
            - Och, Ally wpadła się przywitać – wyjaśnił chłopak, uśmiechając się słabo. – To jest Erin – zwrócił się do panny Bray, kładąc jej dłoń na plecach, by w ten sposób zmusić ją do wykonania jakiegokolwiek gestu. Kciukiem zahaczył jeszcze o żebra, dodając tym samym odwagi.
            - Erin, to jest…
            - To ty jesteś tą słynną Ally! Nie masz pojęcia, jak bardzo się cieszę, że wreszcie się spotykamy – pisnęła uradowana, w momencie oplatając Alleę ramionami tak, że mało nie została zgnieciona jej tchawica.
            - Wreszcie się poznałyście. Pierwsze koty za płoty – zażartował Zayn, jednak nadal wydawał się być spięty. Nagle podszedł do panny Harvey, obejmując ją w pasie, co było jednoznaczne z tym, że odjął dłoń z talii niebieskookiej. I właśnie ten jeden gest spowodował, że zabrakło jej gruntu pod nogami. Tak jakby styczność z jego skórą dawała jej oparcie. Czuła jego obecność. Potrzebowała jej. A teraz, nawet kiedy byli w jednym pomieszczeniu, utraciła ją w przeciągu kilku sekund. I bez niej, nie mogła się odnaleźć.
            - Ściągaj tę kurtkę, a ja zrobię kawę. Dawno jej razem nie piliśmy i trzeba to nadrobić – oznajmił Malik, jednak ona zdobyła się jedynie na delikatny ruch głową.
            - Wiesz co, w zasadzie to przyszłam się tylko przywitać. Nie będę wam zajmowała czasu.
            - Nie wygłupiaj się nawet. Nie widzieliśmy się prawie dwa miesiące, All…
            - Może Ally ma ważną sprawę do załatwienia, Zayn? Nie musi ci wszystkiego mówić – odezwała się Erin, karcąc bruneta wzrokiem. Był to moment, kiedy blondynka nieświadomie podziękowała w duchu za obecność nowej znajomej w tym miejscu.
            - Ale mieliśmy spędzić razem czas…
            - Nie przejmuj się. Nadrobimy! – uśmiechnęła się słabo, zaraz odwracając się w stronę drzwi.
            - All… - Doskonale znała ten ton. Oznaczał, że chłopak wie, że coś nie jest w porządku. Tym razem jednak nie była w stanie mu wszystkiego wyjaśnić. Machnęła jedynie ręką na pożegnanie, zamykając za sobą frontowe drzwi. Wycofała się, tak jak miała w zwyczaju to robić.
            I razem z cichym trzaskiem rozpoczął się czas mijania. Nie mogli zgrać swoich rozmów telefonicznych. Nie pasowały im daty spotkań. Coś zapełniło przestrzeń między nimi, która od zawsze potrzebowała do tego ich reakcji. Tym razem przyszedł ktoś z zewnątrz. Ktoś, kto doskonale zaopiekował się tą pustką.
            Ale Ally rozumiała. Na tyle na ile mogła. Nic nie trwa wiecznie i pewne ramy również ulegają przesunięciu. Nawet coś, co wydawało się nam być stałe
*
It's a good thing tears never show in the pouring rain.

            - Czy ja dobrze rozumiem? Znalazł sobie dziewczynę i teraz nie ma czasu dla ciebie? – zapytał Dan, kopiąc kamyk napotkany na ścieżce. Spacerowali żwirową ścieżką, nieopodal małego skrawku zieleni, jaki rozpościerał się na tyłach osiedla. W powietrzu unosił się zapach mokrej ziemi pomieszany z subtelną wonią kwitnących wrzosów. Aura natomiast skłaniała do milczenia, poprzez ciążące nad głowami chmury i brak przebłysków słońca.
            Ally wzruszyła ramionami, trzymając dłonie mocno zaciśnięte w kieszeniach granatowej kurtki.
            - Trochę tak – wymamrotała, czując na wargach żal. – Ale jest w porządku. Poznał kogoś. Przecież nie mam zamiaru trzymać go cały czas w miejscu.
            Brązowe tęczówki uważnie spojrzały na blondynkę, której zacięty wyraz twarzy dawał do zrozumienia, jak ciężkim tematem była obecna sytuacja w jej przyjaźni z Zaynem. Daniel nigdy nie mógł zrozumieć na jakich warunkach działała owa relacja, a także w głowie mu się nie mieściło dlaczego oboje tak łatwo rezygnują.
            - Jest mi z tym przyzwoicie w porządku, tylko … - zawahała się przez chwilę.
            - Tylko … - ponaglił ją, gdyż zdawał sobie sprawę, że jeśli nie pociągnie jej za język, nadal będzie dusiła w sobie to, co w niej siedziało.
            - Tylko wiesz, myślałam, że nie zrezygnuje ze mnie tak całkowicie. Bo ja rozumiem, że kogoś pokochał. I cieszę się z tego, bo każdy człowiek potrzebuje drugiej osoby, sam powiedz. Ale boli mnie to jego palenie mostów. To całkowite odcinanie się ode mnie. I czasami mam wrażenie, że te wszystkie lata dla niego nic nie znaczyły. Że byłam chwilową przystanią, ba, nawet przechowalnią. A później łapię się na tym, że obwiniam samą siebie za tę sytuację. Za to, że możliwe że przez tyle czasu blokowałam go. Że teraz zarzucam mu obłędne rzeczy. Ale wiesz, tak czuję. I nazwij mnie kretynką, ale ja nadal potrzebuję, żeby on był w moim życiu. – Objęła się ramionami, próbując tym stworzyć jakąś strefę komfortu, co będąc szczerym, na nic się zdało.
            Sytuacja kreowała się nader przejrzyście i mimo że żadną przystanią nie była, jej odczucia były uzasadnione. Odkąd poznała Erin minął miesiąc. Na ten czas przypadała dwu i pół tygodniowa przerwa zespołu, podczas której nie mieli zawodowych zobowiązań. Był to również pierwszy taki okres, którego Zayn nie spędził z Alleą i bynajmniej nie było to związane z brakiem czasu, chorobą czy też wcześniej zaplanowanym wyjazdem. Malik owy czas poświęcił w pełni swojej dziewczynie, anulując wszelkie wcześniejsze wyjścia z panną Bray. Co z jednej strony było zrozumiałe. Z innej jednak nie było do końca zagraniem fair. Reszta tego jakże obfitego w uczucia miesiąca upłynęła na wyciszaniu. Milkły słowa na linii. Zamierały te, stygnące na wargach. Tylko spojrzenie pozostawało żywe. W dalszym ciągu tęskniąco-palące.
            - Nie nazwę cię kretynką, bo wcale nią nie jesteś. I nie mówię tego jako twój przyjaciel. Każdy na twoim miejscu by się tak poczuł. Dlatego przestań się tym obarczać, bo wiesz dobrze, że w twoim stanie nie jest to wskazane. On wróci.
            Chmury znacznie zagęściły się na firmamencie nieba, a z oddali dało się słyszeć groźne pomruki burzy. W mgnieniu oka pierwsze krople spadły na ziemię, obijając przy okazji zielone liście drzew.
            - Skąd możesz wiedzieć?
            - Ech, All, znasz go całe życie, a jeszcze tego nie zauważyłaś? – westchnął Dan, spoglądając w niebo.
            - Ale czego?
            - Zawsze wraca. I zawsze wtedy, kiedy jest mu źle. Dom, to dom.
To był syndrom bliskości. Ta nieodparta potrzeba, aby ktoś był obok. Aby istniał cień człowieka, który byłby oparciem, ostoją, przysłowiowym murem. Ktoś, kogo oddech napędzałby płuca. Kogo słowa odganiałyby strach. Dla kogo codziennie można byłoby funkcjonować.
- A teraz lepiej się zwijajmy, chyba że chcesz być podtopiona – zażartował, zakładając na głowę kapuzę. Zrobiła to samo i nie zwlekając na nic, biegiem ruszyli w stronę mieszkania, przeskakując przez świeże kałuże. Wielkie krople wsiąkały w ich okrycia, jednocześnie zamieniając włosy w wodniste strąki. Pojedyncze kosmyki kleiły się do czoła, dodając uroku i  można byłoby uznać ten obrazek za przyjemny, gdyby nie zimny wiatr, który uderzał w przemoknięte ciała ze zdwojoną siłą, rozsiewając chłód na skrawkach skóry.
Późnym wieczorem leżeli na wyścielonych kocami panelach, jako że Ally nie miała serca skazywać Daniela na samotną podłogową męczarnię. Pokój zalewała ciemność, rozpraszana jedynie przez światło ulicznej latarni wpadające przez okno kuchni.
- Dan? – szepnęła dziewczyna. Odpowiedziało jej jedynie letargiczne mruknięcie.
- Dzisiaj było naprawdę fajnie. I tęskniłam za naszymi spacerami. Mimo tego całego deszczu uważam ten dzień za bardzo pozytywny. Nawet miał dobre strony. Wiesz, mokro się zrobiło. A ja poczułam się jak syrenka. Tylko ten ogon …- trajkotała jak katarynka, rzeczy nie do końca normalne, jednak łatwo można to było usprawiedliwić zmęczeniem, a w ostateczności chwilową beztroską, która wtargnęła do jej wnętrza.
- Idźże już spać – wymamrotał chłopak, obracając się do niej plecami. I jak od ręki, Allea przymknęła powieki, a ramionami otulił ją spokojny sen. Ten, który pozwolił na uśmiech na ustach.

As if a good thing ever could make up for all the pain.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz