*
Samochody tłoczyły się na ulicach Londynu,
co chwilę rozbryzgując dookoła brudne kałuże pozostałe po porannym deszczu. Nie
przeszkadzało to jednak Ally, która przebierając nogami jak najszybciej mogła,
mijała kolejne budynki, a czasami manewrowała między maskami zaparkowanych na
poboczach samochodów z uśmiechem na ustach. Podekscytowana przebiegła przez
ulicę, skręcając w dochodzący do niej wąski deptak między trzypiętrowymi
kamienicami, który z kolei doprowadził ją do średniego domu ogrodzonego wysokim
płotem, poprzetykanym gęstymi pasmami bluszczu.
Wcisnęła guzik domofonu i już po
chwili biegła długim podjazdem wprost do drzwi wejściowych. Wpadła na nie z
impetem, a one jak gdyby nic, ustąpiły.
- Zayn?! – pisnęła zdyszana,
odgarniając pasmo włosów za ucho. Każda komórka jej ciała paliła. Wydzierała
się spomiędzy lichych włókien i lgnęła do Niego.
Czas jego nieobecności był trudny.
Obnażał pewnego rodzaju uzależnienie. Silną, aczkolwiek niewidoczną nić,
łączącą ich w jedną całość pełną słów, chaosu i wspomnień. Tak jakby serce było
na nikotynowym odwyku i żądało odrobiny skażonego oddechu, tlącego się
papierosa, którego dym wypełniał żyły, powodując puchnięcie emocji. Zastrzyku.
Jednego prostego zastrzyku wprowadzającego spokój i kończącego wojnę tego, co
niewypowiedziane. Tego, co od dłuższego czasu pozostawało spychane.
Wyłonił się zza drewnianej powłoki w
chwilę później, jak przekroczyła próg mieszkania. Jedyne co zdążył podłapać, to
błękitne spojrzenie migoczące radością. Nie zwracała uwagi na swoje lęki, na
to, co czuła przez ten czas. Najzwyczajniej wspięła się na palce i zawisła na
jego szyi, wtulając się w granatową podkoszulkę.
- Hej, spokojnie – zaśmiał się,
wykonując dwa kroki w tył, gdyż nie był przygotowany na tak żywe powitanie.
Chwilowa konsternacja minęła jednak i poczuwszy znajome ciało, przyciągnął je
bliżej siebie, wreszcie nabierając w płuca znajomego powietrza.
- Wreszcie jesteś… bo ja tak bardzo…
ale ty dobrze wiesz…. Miałam ci tyle do opowiedzenia… i nie mogłam… ale czekałam aż wrócisz…
- mamrotała, nie kończąc ani jednego zdania. Gubiła się w słowach, zapominała
celu. Tak wiele chciała mu przekazać.
- Wiem, All – wymamrotał ze śmiechem, a wtedy
gorący oddech owiał jej szyję, powodując polanę gęsiej skórki na papierowej
skórze.
- Przepraszam, ale co tutaj się
dzieje? – mocny głos odbił się od ścian mieszkania, swoim echem powodując
drżenie w żołądku Allei. Chociaż bardziej od tego, skurczu przysporzyła
świadomość tego, co zaraz miało nastąpić. Bo ona wiedziała. Odkąd Zayn
powiedział jej, że musi kogoś poznać, próbowała się na to przygotować. Łudziła
się, że to może nie nastąpić. A jednak. I mimo świadomości, że ta chwila kiedyś
nadejdzie, poczuła na karku palące ciepło.
Oderwali się od siebie, a oczom
blondynki ukazał się dość nietypowy obraz, przez który musiała powstrzymać
grymas.
Stała bowiem przed nią wysoka
dziewczyna, mniej więcej w jej wieku. Jej smukłą sylwetkę i długie nogi
uwydatniaj, a jakże, biały ręcznik, którym była owinięta. Jej różana skóra
mieniła się od kropelek wody, jakby dopiero przed chwilą wyszła z wanny.
Platynowe włosy, które wymknęły się spod gumki, kleiły się do owalnej twarzy,
na której widniał chłodny wyraz.
- Brałam właśnie kąpiel, kiedy
usłyszałam, że zamieszanie i się wystraszyłam – odezwała się, piwnymi oczami
wyczekująco spoglądając na dwójkę
przyjaciół.
- Och, Ally wpadła się przywitać –
wyjaśnił chłopak, uśmiechając się słabo. – To jest Erin – zwrócił się do panny
Bray, kładąc jej dłoń na plecach, by w ten sposób zmusić ją do wykonania
jakiegokolwiek gestu. Kciukiem zahaczył jeszcze o żebra, dodając tym samym
odwagi.
- Erin, to jest…
- To ty jesteś tą słynną Ally! Nie
masz pojęcia, jak bardzo się cieszę, że wreszcie się spotykamy – pisnęła
uradowana, w momencie oplatając Alleę ramionami tak, że mało nie została
zgnieciona jej tchawica.
- Wreszcie się poznałyście. Pierwsze
koty za płoty – zażartował Zayn, jednak nadal wydawał się być spięty. Nagle
podszedł do panny Harvey, obejmując ją w pasie, co było jednoznaczne z tym, że
odjął dłoń z talii niebieskookiej. I właśnie ten jeden gest spowodował, że
zabrakło jej gruntu pod nogami. Tak jakby styczność z jego skórą dawała jej
oparcie. Czuła jego obecność. Potrzebowała jej. A teraz, nawet kiedy byli w
jednym pomieszczeniu, utraciła ją w przeciągu kilku sekund. I bez niej, nie
mogła się odnaleźć.
- Ściągaj tę kurtkę, a ja zrobię
kawę. Dawno jej razem nie piliśmy i trzeba to nadrobić – oznajmił Malik, jednak
ona zdobyła się jedynie na delikatny ruch głową.
- Wiesz co, w zasadzie to przyszłam
się tylko przywitać. Nie będę wam zajmowała czasu.
- Nie wygłupiaj się nawet. Nie
widzieliśmy się prawie dwa miesiące, All…
- Może Ally ma ważną sprawę do
załatwienia, Zayn? Nie musi ci wszystkiego mówić – odezwała się Erin, karcąc
bruneta wzrokiem. Był to moment, kiedy blondynka nieświadomie podziękowała w
duchu za obecność nowej znajomej w tym miejscu.
- Ale mieliśmy spędzić razem czas…
- Nie przejmuj się. Nadrobimy! –
uśmiechnęła się słabo, zaraz odwracając się w stronę drzwi.
- All… - Doskonale znała ten ton.
Oznaczał, że chłopak wie, że coś nie jest w porządku. Tym razem jednak nie była
w stanie mu wszystkiego wyjaśnić. Machnęła jedynie ręką na pożegnanie,
zamykając za sobą frontowe drzwi. Wycofała się, tak jak miała w zwyczaju to robić.
I razem z cichym trzaskiem rozpoczął
się czas mijania. Nie mogli zgrać swoich rozmów telefonicznych. Nie pasowały im
daty spotkań. Coś zapełniło przestrzeń między nimi, która od zawsze
potrzebowała do tego ich reakcji. Tym razem przyszedł ktoś z zewnątrz. Ktoś,
kto doskonale zaopiekował się tą pustką.
Ale Ally rozumiała. Na tyle na ile
mogła. Nic nie trwa wiecznie i pewne ramy również ulegają przesunięciu. Nawet
coś, co wydawało się nam być stałe
*
It's
a good thing tears never show in the pouring rain.
- Czy ja dobrze rozumiem? Znalazł
sobie dziewczynę i teraz nie ma czasu dla ciebie? – zapytał Dan, kopiąc kamyk
napotkany na ścieżce. Spacerowali żwirową ścieżką, nieopodal małego skrawku
zieleni, jaki rozpościerał się na tyłach osiedla. W powietrzu unosił się zapach
mokrej ziemi pomieszany z subtelną wonią kwitnących wrzosów. Aura natomiast
skłaniała do milczenia, poprzez ciążące nad głowami chmury i brak przebłysków
słońca.
Ally wzruszyła ramionami, trzymając
dłonie mocno zaciśnięte w kieszeniach granatowej kurtki.
- Trochę tak – wymamrotała, czując
na wargach żal. – Ale jest w porządku. Poznał kogoś. Przecież nie mam zamiaru
trzymać go cały czas w miejscu.
Brązowe tęczówki uważnie spojrzały
na blondynkę, której zacięty wyraz twarzy dawał do zrozumienia, jak ciężkim
tematem była obecna sytuacja w jej przyjaźni z Zaynem. Daniel nigdy nie mógł
zrozumieć na jakich warunkach działała owa relacja, a także w głowie mu się nie
mieściło dlaczego oboje tak łatwo rezygnują.
- Jest mi z tym przyzwoicie w
porządku, tylko … - zawahała się przez chwilę.
- Tylko … - ponaglił ją, gdyż zdawał
sobie sprawę, że jeśli nie pociągnie jej za język, nadal będzie dusiła w sobie
to, co w niej siedziało.
- Tylko wiesz, myślałam, że nie
zrezygnuje ze mnie tak całkowicie. Bo ja rozumiem, że kogoś pokochał. I cieszę
się z tego, bo każdy człowiek potrzebuje drugiej osoby, sam powiedz. Ale boli
mnie to jego palenie mostów. To całkowite odcinanie się ode mnie. I czasami mam
wrażenie, że te wszystkie lata dla niego nic nie znaczyły. Że byłam chwilową
przystanią, ba, nawet przechowalnią. A później łapię się na tym, że obwiniam
samą siebie za tę sytuację. Za to, że możliwe że przez tyle czasu blokowałam
go. Że teraz zarzucam mu obłędne rzeczy. Ale wiesz, tak czuję. I nazwij mnie
kretynką, ale ja nadal potrzebuję, żeby on był w moim życiu. – Objęła się
ramionami, próbując tym stworzyć jakąś strefę komfortu, co będąc szczerym, na
nic się zdało.
Sytuacja kreowała się nader
przejrzyście i mimo że żadną przystanią nie była, jej odczucia były
uzasadnione. Odkąd poznała Erin minął miesiąc. Na ten czas przypadała dwu i
pół tygodniowa przerwa zespołu, podczas której nie mieli zawodowych zobowiązań.
Był to również pierwszy taki okres, którego Zayn nie spędził z Alleą i
bynajmniej nie było to związane z brakiem czasu, chorobą czy też wcześniej
zaplanowanym wyjazdem. Malik owy czas poświęcił w pełni swojej dziewczynie,
anulując wszelkie wcześniejsze wyjścia z panną Bray. Co z jednej strony było
zrozumiałe. Z innej jednak nie było do końca zagraniem fair. Reszta tego jakże
obfitego w uczucia miesiąca upłynęła na wyciszaniu. Milkły słowa na linii.
Zamierały te, stygnące na wargach. Tylko spojrzenie pozostawało żywe. W dalszym
ciągu tęskniąco-palące.
- Nie nazwę cię kretynką, bo wcale
nią nie jesteś. I nie mówię tego jako twój przyjaciel. Każdy na twoim miejscu
by się tak poczuł. Dlatego przestań się tym obarczać, bo wiesz dobrze, że w
twoim stanie nie jest to wskazane. On wróci.
Chmury znacznie zagęściły się na
firmamencie nieba, a z oddali dało się słyszeć groźne pomruki burzy. W mgnieniu
oka pierwsze krople spadły na ziemię, obijając przy okazji zielone liście
drzew.
- Skąd możesz wiedzieć?
- Ech, All, znasz go całe życie, a
jeszcze tego nie zauważyłaś? – westchnął Dan, spoglądając w niebo.
- Ale czego?
- Zawsze wraca. I zawsze wtedy,
kiedy jest mu źle. Dom, to dom.
To
był syndrom bliskości. Ta nieodparta potrzeba, aby ktoś był obok. Aby istniał
cień człowieka, który byłby oparciem, ostoją, przysłowiowym murem. Ktoś, kogo
oddech napędzałby płuca. Kogo słowa odganiałyby strach. Dla kogo codziennie można
byłoby funkcjonować.
-
A teraz lepiej się zwijajmy, chyba że chcesz być podtopiona – zażartował,
zakładając na głowę kapuzę. Zrobiła to samo i nie zwlekając na nic, biegiem
ruszyli w stronę mieszkania, przeskakując przez świeże kałuże. Wielkie krople wsiąkały
w ich okrycia, jednocześnie zamieniając włosy w wodniste strąki. Pojedyncze
kosmyki kleiły się do czoła, dodając uroku i można byłoby uznać ten obrazek za przyjemny,
gdyby nie zimny wiatr, który uderzał w przemoknięte ciała ze zdwojoną siłą,
rozsiewając chłód na skrawkach skóry.
Późnym
wieczorem leżeli na wyścielonych kocami panelach, jako że Ally nie miała serca
skazywać Daniela na samotną podłogową męczarnię. Pokój zalewała ciemność,
rozpraszana jedynie przez światło ulicznej latarni wpadające przez okno kuchni.
-
Dan? – szepnęła dziewczyna. Odpowiedziało jej jedynie letargiczne mruknięcie.
-
Dzisiaj było naprawdę fajnie. I tęskniłam za naszymi spacerami. Mimo tego całego
deszczu uważam ten dzień za bardzo pozytywny. Nawet miał dobre strony.
Wiesz, mokro się zrobiło. A ja poczułam się jak syrenka. Tylko ten ogon …-
trajkotała jak katarynka, rzeczy nie do końca normalne, jednak łatwo można to
było usprawiedliwić zmęczeniem, a w ostateczności chwilową beztroską, która
wtargnęła do jej wnętrza.
-
Idźże już spać – wymamrotał chłopak, obracając się do niej plecami. I jak od
ręki, Allea przymknęła powieki, a ramionami otulił ją spokojny sen. Ten, który
pozwolił na uśmiech na ustach.
As if a good thing ever
could make up for all the pain.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz