piątek, 25 sierpnia 2017

• 21. How long will I need you.

*
How long will I want you.
Zimny wiatr omiatał powoli żółknące liście, wypełniając całą aleję cichym szelestem. Opasłe chmury zdobiły ciemniejące niebo, zaskakująco wysoko unosząc się ku górze. Gdyby bowiem na nie spojrzeć, można by odnieść wrażenie, że ich rozmiary niechybnie sprowadzą je na ziemię w przeciągu paru sekund.
Studenci rozchodzili się po zakończonych wykładach, szybko wsiadając do samochodów, czy też biegnąc na przystanki. Nie chcieli zafundować sobie spotkania z nadchodzącą ulewą, co ze względu na zewnętrzną temperaturę mogłoby skutkować przeziębieniem.
- Ally! Ally, zaczekaj! - Dziewczyna przystanęła raptownie, odwracając się w stronę wołającej ją osoby, którą okazał się być Maison. Na początku semestru przyleciał na wymiany z USA razem z grupą pięciu innych osób. Dwójka z nich za kilka tygodni miała jedna wracać, gdyż ich pobyt obejmował jedynie pierwsze miesiące nauki. Andrews jednak zostawał. Od pierwszych zajęć siedział w tym samym rzędzie co Ally, umiejętnie integrując się z większością grupy.
- Kurczę, myślisz, że Adams mnie zabije za to dzisiejsze spóźnienie? - zapytał skruszony.
- Nie wydaje mi się. Zdarzyło ci się pierwszy raz, więc spokojnie. On raczej nie jest taki – odpowiedziała z uśmiechem. Dobrze bowiem wiedziała co to strach przed wykładowcą. Profesor od zarządzania słynął bowiem z surowych metod, jednak mało kto zauważał, że do większości spraw podchodzi z ludzkim sercem.
- A poratowałabyś mnie notatkami z pierwszej godziny zajęć? Diabeł nigdy nie śpi i nie wiadomo co da na egzaminie.
Zatrzymali się pod schodami prowadzącymi do gmachu głównego. Przed nimi rozciągał się już niemal pusty parking, który jeszcze kilka minut temu był kotłującą się masą samochodów.
- Nie ma sprawy – odparła ochoczo, sięgając do torby po notatnik. - Tylko gdybyś mógł mi je dostarczyć dzisiaj wieczorem, bo obiecałam Catlin, że jej wyślę wcześniejsze tematy.
- To wiesz co, zrobimy inaczej. Na spokojnie jej zeskanujesz wszystko, a ja wpadnę po to wieczorem, czy tam kiedy ci będzie pasowało - zaproponował, łapiąc ją za dłoń, by w ten sposób powstrzymać dalsze wyciąganie materiałów.
- O, super! Tak będzie najlepiej. Możesz dzisiaj po nie przyjść – uśmiechnęła się, co ciepło odwzajemnił. 

Ally zaczęła się zastanawiać, dlaczego do tej pory nie nawiązała z nim większej relacji, skoro przecież za każdym razem kiedy rozmawiali, konwersacja toczyła się zadowalająco dobrze. Niekiedy jednak rozpoczynali, a zarazem kończyli ją zwykłym: „cześć”, ze względu na inne obowiązki, bycie w innym towarzystwie czy też rozpoczynające się wykłady.
- To do dzisiaj! - rzucił wesoło na pożegnanie, nachylając się jeszcze nad Ally i zakleszczając ją w uścisku.
Kiedy odwróciła się, by ruszyć przed siebie, zauważyła nad wyraz znany, czarny samochód zaparkowany po drugiej stronie parkingu. W połowie drogi z nieba spłynęły pierwsze krople deszczu, przez co przyspieszyła kroku i w mgnieniu oka wdrapała się na siedzenie pasażera.
- Cześć – przywitała się radośnie z Zaynem, który odczekawszy aż zapnie pas, ruszył z miejsca.
- Kto to był? - zapytał jakby od niechcenia.
- No proszę, nawet mi nie odpowiedziałeś, tylko pytasz o Maisona. Mi też miło cię widzieć, Zayn – zażartowała, jednak jego uśmiech bardziej przypominał grymas.
- Bo widziałem go po raz pierwszy, a on już łapsk nie może utrzymać przy sobie – odparł ni to na poważnie, ni to na żarty.
- Tylko mnie pożegnał. Zresztą, chodziło tylko o notatki z zajęć, po które ma przyjść.
- Czekaj, czekaj, przyjść? Powiedz jeszcze, że do ciebie do mieszkania? - rzucił, wjeżdżając na główną ulicę.
- Nie, zostawię mu je na wycieraczce z karteczką: „możesz je zachować”.
- Tak by było najlepiej.
- Co z tobą nie tak? - wyrzuciła z siebie, wreszcie przekrzywiając głowę w jego stronę.
Czarny Ranger Rover szybko sunął przez mokre ulice miasta, zbierając z szyby płachtę złożoną z kropel deszczu. Dźwięk wycieraczek ledwo nadążających ścierać zalaną powierzchnię przytłumienie niósł się po wnętrzu samochodu, współgrając z sączącą się z radia muzyką. To wszystko nie było jednak w stanie rozbić napięcia jakie nagromadziło się w powietrzu.
- Jakoś niespecjalnie przypadł mi do gustu i nie chcę, żeby to wszystko źle się skończyło.
- To mi powinien przypaść do gustu, a nie tobie. Rany boskie, tutaj chodziło tylko o zwykłe notatki! - odparowała sfrustrowana. Gorąc uderzył w jej policzki powodując, że przybrały one czerwony odcień.
- Nieistotne…
- Aha, czyli ty możesz się z kimś spotykać, a mi to jest już zakazane?
- Tego nie powiedziałem – zaznaczył, prostując się na siedzeniu.
- Ale tak się zachowujesz. Daj spokój, Zayn. Nie udawaj, że aż tak bardzo interesuje cię z kim się spotykam.
Zacisnął jedynie usta, nie odzywając się już ani słowem. To nie to, że nie wiedział co odpowiedzieć. Sytuacja balansowała bowiem między ślepotą emocjonalną, a wewnętrzną niemocą do zlepienia impulsów w zdanie.
As long as you want me to and longer by far.
*
How long will I love you?
Ciepłe powietrze wpadało przez uchylone okno, niosąc ze sobą żar – oczywiście ten w wydaniu brytyjskim- minionego dnia. Pogoda ponownie postanowiła spłatać figla i już następnego dnia nie było śladu po ulewnym deszczu i szarym welonie zasnuwającym niebo. Zamiast tego na niebie zagościło pełne słońce, rozgrzewające wszystko dookoła z nietypową jak na Anglię siłą. Ludzie na ulicy mówili, że to ostatnie podrygi lata. Że to pożegnanie z pogodą. Ally jednak nie słuchała tych opinii, ciesząc się jedynie tak piękną pogodą. Nie chciała myśleć o tym co nastąpi, kiedy dni na stałe zrobią się pochmurne i zimne. I o skutkach tej sezonowej zmiany aury, jakie kiełkowały w jej wnętrzu.
Siedziała z podkurczonymi nogami, na których opierała czytaną książkę. Pomalowane na granatowo paznokcie co chwila skubały kartkę, żeby przewrócić ją na drugą stronę, a zaostrzony ołówek zakreślał na papierze istotne cytaty.
Pachniało słodką lemoniadą stojącą w szklance obok oraz łagodnym płynem do płukania, którego zapach roznosił się po mieszkaniu z każdym tchnieniem wiatru poruszającego wyprana firanką. Tylko zegar nadawał ostrości tej scenie, swoim ciężkim tykaniem uświadamiając ciągły upływ czasu.
Wtem po pokoju przetoczyło się ciche pukanie do drzwi, które zupełnie zaskoczyło Alleę. Podniosła się z podłogi, szybko poprawiając zagiętą koszulkę, po czym ruszyła w stronę wejścia. Dochodziła dziewiąta, więc nie spodziewała się żadnych gości. Zawsze mogła to być Summer, jednak pukanie w jej wykonaniu byłoby znacznie bardziej energiczne, albo nie byłoby go wcale, gdyż drzwi otworzyłyby się pewnie z hukiem.
Jakież było jej zdziwienie, kiedy w progu stał Zayn, opierający się ramieniem o drewnianą powłokę. Od poprzedniego dnia nie rozmawiali ze sobą. Wysadził ją pod kamienicą, a kiedy wieczorem zadzwonił, rozmowa nie miała ni tempa ani zasadniczego punktu odniesienia. Znacznie więcej było w niej momentów ciszy niżeli dialogu. A jeśli już się pojawił, ograniczał się do zdawkowych słów. Dzisiejszy dzień upłynął w milczeniu. On pracował. Ona wykorzystała dzień wolny, zostawiając w domu telefon, który czy tak i tak nie dzwonił.
Jeszcze przed zaśnięciem, dużo o nim myślała. O sytuacji mającej miejsce przed uczelnią. O jej podejściu do związku Zayna i Erin. O całej ich przyjaźni i tego, w jakim jej punkcie obecnie się znajdują i czy to aby nie jest tak, że powoli nieświadomie zaczynają siebie ranić. Jedno było pewne. Każda kłótnia sprawiała, że blondynka uświadamiała sobie jak dużą częścią jej życia jest Malik.
Dlatego teraz uchyliła jedynie drzwi, opierając głowę o framugę. Powstała szpara była miejscem spotkania ich spojrzeń. Ta nić porozumienia była jednak krucha. W każdej chwili mogła być zerwana przez trzaskające drzwi.
- Przepraszam, Alls – wymamrotał. Owinęła się ciaśniej rękoma, które spoczywały wokół jej talii, podczas gdy jej zęby nieświadomie wpiły się w dolną wargę. Przymknęła oczy, by otworzyć je z blaskiem zrozumienia.
- Nie powinienem był tak reagować. Czasami chyba za bardzo chcę być w każdym aspekcie twojego życia – dodał po chwili, spuszczając wzrok.
- Też przepraszam. Chyba nie powinnam była mówić tego ostatniego zdania – przyznała, zakładając za ucho pukiel włosów. W odpowiedzi uzyskała jego niepewny uśmiech. I z cichym westchnięciem odsunęła stopę, blokującą drzwi, po czym te stanęły na oścież.
I tak zostali zawieszeni między drganiami oddechów, trzepotem powiek i rzekami słów odzwierciedlonych w niemych spojrzeniach. Jedynie lekki szum drzew wdzierał się w granice owego bezruchu za pomocą uchylonego okna. Zmysł węchu łechtał natomiast zapach kolacji, którą przyrządzało małżeństwo z pierwszego piętra.
Aromat cynamonu, słodki syrop klonowy, garść przekwitniętych drzew i oddech żalu.
- Chodźmy na spacer. - Było to raczej stwierdzenie niż propozycja i nim Allea zdążyła się zorientować, pchnął szybko drzwi, by jedną ręką zdjąć z wieszaka jej bluzę, a drugą wyjąć z wewnętrznego zamka klucze. Oprzytomniała dopiero, kiedy za jej plecami rozległ się szczęk zamykanych drzwi, a wokół jej dłoni zacisnęły się palce Zayna, ciągnące ją za sobą w dół schodów.
Noc była wyjątkowo ciepła. Chłodny oddech powietrza owiewał spieczone mury, jakby cicho śpiewając spóźnioną kołysankę wprost dla spragnionych spokoju włókien. Z oddali dobiegały jedynie hałasy zasypiającego miasta, którego łuna z każdą chwilą stawała się coraz mniej rażąca.
Spacerowali ramię w ramię, aż wreszcie dotarli do otwartej przestrzeni położonej za rozległymi połaciami wrzosowisk. Pachniał nagrzaną ziemią i rześkością subtelnej mgły, rozwijającej swoją firaną między pojedynczymi drzewami rosnącymi w oddali. Opadająca ku gruntowi trawa łaskotała ich odkryte kostki oraz łydki okryte jeansowym materiałem.
Rozmowa toczyła się sama, jednocześnie nie mając konkretnego punktu zaczepienia. Wymieniali się spostrzeżeniami prozy dnia codziennego, zabawnymi sytuacjami. Gdyby ktoś zapytał ich o konkretny wniosek z konwersacji, zapewne oboje mieliby problem z jego wysnuciem. Aż wreszcie opadli na zieloną trawę gdzieś na skraju polany, pod rozłożystym dębem, w przestrzeni osnutej spokojną ciszą. I tylko nad nimi iskrzyło się srebrne larum gwiazd, które onieśmielały swoim blaskiem.
- Gdybym wiedział, że będzie robiło się coraz zimniej, wziąłbym jakiś koc – stwierdził Zayn, wykładając nogi przed siebie.
- Nie trzeba. Jest dobrze – odparła Ally, która z kolei podciągnęła nogi pod brodę i zaplótłszy dłonie wokół kolan, nieznacznie odchyliła się do tyłu.
- Jak było ostatnio na uczelni? Pasują ci wykłady? Musisz mi wreszcie pokazać którąś z twoich prac, bo dawno nie miałem okazji nic czytać. Rany, chyba od trzech lat nie miałem w rękach nic twojego! W sumie to mam pomysł. Możemy sobie zrobić krótkie wakacje, jakoś w listopadzie. Co ty na to? Będziemy łamać stereotypy i pojedziemy się opalać wtedy, kiedy tutaj będzie lodowato.
- Jasne, dlaczego nie. - Uśmiech na jej twarzy był delikatny. Wszystko bowiem skupiało się w oczach, które ze bolesnym zrozumieniem wpatrywały się w chłopaka.
Już wiedziała.
- A skoro o opalaniu się mowa, pamiętasz, jak pojechaliśmy do Brighton na weekend, kilka lat temu? - zaczął kolejny temat, gestykulując przy tym dłońmi. - Ostatnio w telefonie znalazłem zdjęcie, z tego wypadu. Zastanawiam się, jakim cudem twoja skóra wróciła do normalnego stanu. Przecież po takim spaleniu się, to nie miało szans się udać!
W odpowiedzi jedynie cicho się zaśmiała, obracając w dłoniach źdźbło trawy. Wydarzenie z przeszłości było na tyle zabawne, że niemożliwym było pozostawienie go bez salw śmiechu. Ally jednak się to udało, co momentalnie przykuło uwagę Zayna. Spojrzał na nią z uniesionymi ku górze kącikami ust, nie wiedząc dlaczego błękitne tęczówki wpatrują się w niego z takim spokojem.
- No co? - zapytał.
- Wyjeżdżasz, prawda?- odpowiedziała, chociaż w jej tonie nie było ani śladu niepewności. Czyste stwierdzenie, które wprawiło bruneta w zakłopotanie, jednocześnie sprawiając, że pewna doza żalu pojawiła się w jego żyłach. Zamilknął na dłuższą chwilę, mocno zaciskając wargi, jakby to w jakikolwiek sposób mogło mu pomóc.
- Przyprowadziłeś mnie tutaj, żeby o tym powiedzieć i się znowu pożegnać. - Słowa wypływające z jej ust nie były zarzutem, a ich intencją już absolutnie nie był skrzywdzenie nikogo. Ale właśnie tak czuł się Malik. Jakby owe słowa, a nie sama Allea, kiereszowały jego wnętrze i tę kruchą nić, jaka łączyła go z nią. Z domem.
Za dobrze go znała, aby dać się zwodzić bełkotowi „o wszystkim i o niczym”. Zawsze tak robił, kiedy próbował wybrnąć z krępującej sytuacji. Kiedy chciał odwlec coś, na co nie był gotowy. Pojawiały się wtedy zdania z brakiem sensu, a zaraz później w wypowiedź wplatał plany na najbliższe tygodnie, miesiące czy też lata. Dla większości ludzi przyszłość stanowi zagadkę. Jest nicią czasu, której niezbadane zakamarki mogą skrywać sobie najróżniejsze przewrotności losu. Na ową nić mogą nawijać się koraliki strachu, szczęścia, bólu czy też realizacji. To tam w naszych pragnieniach jest miejsce na realizację fantazji i marzeń. Jednak owy łańcuch przyszłości jest nieprzeniknioną mgłą tajemnicy, tworzącą niestabilny grunt. Dla Zayna było odwrotnie. Przyszłość uważała za swój gwarant, ponieważ w niej upatrywał czasu na realizację pragnień, na które nie znalazło się miejsca w teraźniejszości.
- Ale to w porządku. Nic się nie dzieje – odezwała się po chwili, przysuwając się bliżej. Dłonią oplotła jego kark, opuszkami palców muskając odkrytą skórę szyi. - Będziesz wyjeżdżał. To już jest część twojego życia. Kiedyś chcieliśmy być nierozłączni. Myśleliśmy, że zostaniemy tacy, jacy byliśmy jeszcze kilka lat temu. Sam powiedz. Szkoda, że nie wzięliśmy poprawki na niektóre wyboje. Wszystko się zmienia, Zayn. Nie ocaleją nasze chęci, plany, wyobrażenia. Życie je wszystkie redukuje.
- Może chociaż my zostaniemy tacy sami – odparł, skubiąc zerwaną wcześniej trawę. W tym zdaniu było coś uroczego. Ukrywało się w nim to niewinne pragnienie utknięcia w czasie. Marzenie bycia niewidzialnym dla biegnącego czasu.
- Wiesz, że to niemożliwe – wymamrotała niemal karcąco.
- I powiedziała to osoba, która ma problem z pogodzeniem się z przemijaniem – rzucił, jednocześnie ciskając trawą przed siebie.
Nagle zrobiło się chłodniej, prawdopodobnie przez poruszający liśćmi wiatr. Niósł on ze sobą ciszę, która zajęła miejsce między dwoma pogrążonymi w myślach ciałami, wyłożonymi na zalanej blaskiem nieba polanie. Dwie pary oczu wpatrywały się w iskrzący firmament nieba, dający poczucie zawieszenia w czasie. Jeszcze nie wiedzieli, że będą wracali do tej chwili z czystej tęsknoty serca, w mgliste wieczory i deszczowe poranki wypełnione brakiem obecności.
- Spędzam z tobą czas, nadrabiając zaległości, bo tego chcę i potrzebuję – odezwał się niespodziewanie. Ally zmarszczyła brwi i przekrzywiwszy głowę, spojrzała na przyjaciela.
- Słucham?
- Nie przyprowadziłem cię tutaj po to, żeby się z tobą pożegnać, ani nie po to, żeby ci powiedzieć, że wyjeżdżam. Przyprowadziłem cię tutaj, bo cholernie mi ciebie brakuje. I nie podoba mi się fakt, że pomimo tego, że mamy siebie tak mało, to jeszcze prawie na każdym kroku się kłócimy. Dlatego teraz chcę po prostu ciebie.
Zamilkli na chwilę ponownie. Jedynie szelest prasowanej przez przysuwające się do siebie ciała trawy wypełniał rześkie powietrze.
- Och, jakiś ty uroczy dzisiaj – rzuciła sarkastycznie blondynka, cmokając przy tym radośnie. W tym samym momencie Zayn przewrócił się na brzuch i podparłszy się łokciem, zawisnął nad śmiejącą się Ally.
- Romantiko pierwsza klasa. Rumaka zaparkowałem za rogiem.
- Uważaj, bo się zacznę przyzwyczajać – zażartowała, a kąciki jego ust ponownie tego wieczoru uniosły się ku górze. Założył zabłąkane pasemko jej włosów za ucho, kiedy to spoczęło na jej policzku za sprawą powiewu wiatru. To właśnie on przywrócił Allei trzeźwość umysłu, wyrywając ją z tej wyrwanej ze szponów rzeczywistości chwili. Dopiero wtedy mocniej poczuła zapach jego skóry i ciepło ust całujących jej skroń.
- Dobra. A teraz spadaj, bo zasłaniasz mi niebo. - Z tymi słowami popchnęła jego bark. Odwrócił się na plecy z cichym westchnieniem, wzbijając w powietrze zapach rosy.
- Ale mi również nie podoba się, że tak szybko wszystko się zmienia. Nie podoba mi się, że my się zmieniamy – odezwała się ponownie, kiedy jej zarumienione policzki wróciły do normalnego stanu.
- Chociaż ostatecznie… patrzą na nas te same gwiazdy.
Odwrócił twarz w jej stronę, by przyjrzeć jej nostalgicznym rysom. I właśnie w jej oczach dostrzegł odbijające się złote punkty, sprawiające wrażenie jakby to jej tęczówki emanowały blaskiem. Tym niezmiennym i dobrze mu znanym.

As long as stars are above you and longer if I may.


*
Od autorki: Cześć Wam! Dzisiaj mam dla Was rozdział dość sentymentalny, nie tylko przez jego zawartość, ale również przez dobór ścieżki dźwiękowej, o ile tak to mogę nazwać. Nie chcę się rozgadywać. Zamiast tego pożyczę Wam dużo słońca w te ostatnie wakacyjne dni i czystego startu we wrześniu (hehe, studenci, piątka!). A gdybyście mieli chwilkę czasu i przede wszystkim ochotę, zaglądnijcie na Reckless Souls. To taka moja nowość, będąca moim pisarskim dzieckiem.

Trzymajcie się!

I. xx