How
long will I want you.
Zimny
wiatr omiatał powoli żółknące liście, wypełniając całą
aleję cichym szelestem. Opasłe chmury zdobiły ciemniejące niebo,
zaskakująco wysoko unosząc się ku górze. Gdyby bowiem na nie
spojrzeć, można by odnieść wrażenie, że ich rozmiary niechybnie
sprowadzą je na ziemię w przeciągu paru sekund.
Studenci
rozchodzili się po zakończonych wykładach, szybko wsiadając do
samochodów, czy też biegnąc na przystanki. Nie chcieli zafundować
sobie spotkania z nadchodzącą ulewą, co ze względu na zewnętrzną
temperaturę mogłoby skutkować przeziębieniem.
-
Ally! Ally, zaczekaj! - Dziewczyna przystanęła raptownie,
odwracając się w stronę wołającej ją osoby, którą okazał się
być Maison. Na początku semestru przyleciał na wymiany z USA razem z
grupą pięciu innych osób. Dwójka z nich za kilka tygodni miała
jedna wracać, gdyż ich pobyt obejmował jedynie pierwsze miesiące
nauki. Andrews jednak zostawał. Od pierwszych zajęć siedział w tym
samym rzędzie co Ally, umiejętnie integrując się z większością
grupy.
-
Kurczę, myślisz, że Adams mnie zabije za to dzisiejsze spóźnienie?
- zapytał skruszony.
-
Nie wydaje mi się. Zdarzyło ci się pierwszy raz, więc spokojnie.
On raczej nie jest taki – odpowiedziała z uśmiechem. Dobrze
bowiem wiedziała co to strach przed wykładowcą. Profesor od
zarządzania słynął bowiem z surowych metod, jednak mało kto
zauważał, że do większości spraw podchodzi z ludzkim sercem.
-
A poratowałabyś mnie notatkami z pierwszej godziny zajęć? Diabeł
nigdy nie śpi i nie wiadomo co da na egzaminie.
Zatrzymali
się pod schodami prowadzącymi do gmachu głównego. Przed nimi
rozciągał się już niemal pusty parking, który jeszcze kilka
minut temu był kotłującą się masą samochodów.
-
Nie ma sprawy – odparła ochoczo, sięgając do torby po notatnik.
- Tylko gdybyś mógł mi je dostarczyć dzisiaj wieczorem, bo
obiecałam Catlin, że jej wyślę wcześniejsze tematy.
-
To wiesz co, zrobimy inaczej. Na spokojnie jej zeskanujesz wszystko,
a ja wpadnę po to wieczorem, czy tam kiedy ci będzie pasowało -
zaproponował, łapiąc ją za dłoń, by w ten sposób powstrzymać
dalsze wyciąganie materiałów.
-
O, super! Tak będzie najlepiej. Możesz dzisiaj po nie przyjść –
uśmiechnęła się, co ciepło odwzajemnił.
Ally zaczęła się zastanawiać, dlaczego do tej pory nie nawiązała z nim większej relacji, skoro przecież za każdym razem kiedy rozmawiali, konwersacja toczyła się zadowalająco dobrze. Niekiedy jednak rozpoczynali, a zarazem kończyli ją zwykłym: „cześć”, ze względu na inne obowiązki, bycie w innym towarzystwie czy też rozpoczynające się wykłady.
Ally zaczęła się zastanawiać, dlaczego do tej pory nie nawiązała z nim większej relacji, skoro przecież za każdym razem kiedy rozmawiali, konwersacja toczyła się zadowalająco dobrze. Niekiedy jednak rozpoczynali, a zarazem kończyli ją zwykłym: „cześć”, ze względu na inne obowiązki, bycie w innym towarzystwie czy też rozpoczynające się wykłady.
-
To do dzisiaj! - rzucił wesoło na pożegnanie, nachylając się
jeszcze nad Ally i zakleszczając ją w uścisku.
Kiedy
odwróciła się, by ruszyć przed siebie, zauważyła nad wyraz
znany, czarny samochód zaparkowany po drugiej stronie parkingu. W
połowie drogi z nieba spłynęły pierwsze krople deszczu, przez co
przyspieszyła kroku i w mgnieniu oka wdrapała się na siedzenie
pasażera.
-
Cześć – przywitała się radośnie z Zaynem, który odczekawszy
aż zapnie pas, ruszył z miejsca.
-
Kto to był? - zapytał jakby od niechcenia.
-
No proszę, nawet mi nie odpowiedziałeś, tylko pytasz o Maisona. Mi
też miło cię widzieć, Zayn – zażartowała, jednak jego uśmiech
bardziej przypominał grymas.
-
Bo widziałem go po raz pierwszy, a on już łapsk nie może utrzymać
przy sobie – odparł ni to na poważnie, ni to na żarty.
-
Tylko mnie pożegnał. Zresztą, chodziło tylko o notatki z zajęć,
po które ma przyjść.
-
Czekaj, czekaj, przyjść? Powiedz jeszcze, że do ciebie do
mieszkania? - rzucił, wjeżdżając na główną ulicę.
-
Nie, zostawię mu je na wycieraczce z karteczką: „możesz je
zachować”.
-
Tak by było najlepiej.
-
Co z tobą nie tak? - wyrzuciła z siebie, wreszcie przekrzywiając
głowę w jego stronę.
Czarny
Ranger Rover szybko sunął przez mokre ulice miasta, zbierając z szyby płachtę złożoną z kropel deszczu. Dźwięk wycieraczek
ledwo nadążających ścierać zalaną powierzchnię przytłumienie
niósł się po wnętrzu samochodu, współgrając z sączącą się
z radia muzyką. To wszystko nie było jednak w stanie rozbić
napięcia jakie nagromadziło się w powietrzu.
-
Jakoś niespecjalnie przypadł mi do gustu i nie chcę, żeby to
wszystko źle się skończyło.
-
To mi powinien przypaść do gustu, a nie tobie. Rany boskie, tutaj
chodziło tylko o zwykłe notatki! - odparowała sfrustrowana. Gorąc
uderzył w jej policzki powodując, że przybrały one czerwony
odcień.
-
Nieistotne…
-
Aha, czyli ty możesz się z kimś spotykać, a mi to jest już
zakazane?
-
Tego nie powiedziałem – zaznaczył, prostując się na siedzeniu.
-
Ale tak się zachowujesz. Daj spokój, Zayn. Nie udawaj, że aż tak
bardzo interesuje cię z kim się spotykam.
Zacisnął
jedynie usta, nie odzywając się już ani słowem. To nie to, że
nie wiedział co odpowiedzieć. Sytuacja balansowała bowiem między
ślepotą emocjonalną, a wewnętrzną niemocą do zlepienia impulsów
w zdanie.
As
long as you want me to and
longer by far.
*
How
long will I love you?
Ciepłe
powietrze wpadało przez uchylone okno, niosąc ze sobą żar –
oczywiście ten w wydaniu brytyjskim- minionego dnia. Pogoda ponownie
postanowiła spłatać figla i już następnego dnia nie było śladu
po ulewnym deszczu i szarym welonie zasnuwającym niebo. Zamiast tego
na niebie zagościło pełne słońce, rozgrzewające wszystko
dookoła z nietypową jak na Anglię siłą. Ludzie na ulicy mówili,
że to ostatnie podrygi lata. Że to pożegnanie z pogodą. Ally
jednak nie słuchała tych opinii, ciesząc się jedynie tak piękną
pogodą. Nie chciała myśleć o tym co nastąpi, kiedy dni na stałe
zrobią się pochmurne i zimne. I o skutkach tej sezonowej zmiany
aury, jakie kiełkowały w jej wnętrzu.
Siedziała
z podkurczonymi nogami, na których opierała czytaną książkę.
Pomalowane na granatowo paznokcie co chwila skubały kartkę, żeby
przewrócić ją na drugą stronę, a zaostrzony ołówek zakreślał
na papierze istotne cytaty.
Pachniało
słodką lemoniadą stojącą w szklance obok oraz łagodnym płynem
do płukania, którego zapach roznosił się po mieszkaniu z każdym
tchnieniem wiatru poruszającego wyprana firanką. Tylko zegar
nadawał ostrości tej scenie, swoim ciężkim tykaniem uświadamiając
ciągły upływ czasu.
Wtem
po pokoju przetoczyło się ciche pukanie do drzwi, które zupełnie
zaskoczyło Alleę. Podniosła się z podłogi, szybko poprawiając
zagiętą koszulkę, po czym ruszyła w stronę wejścia. Dochodziła
dziewiąta, więc nie spodziewała się żadnych gości. Zawsze mogła
to być Summer, jednak pukanie w jej wykonaniu byłoby znacznie
bardziej energiczne, albo nie byłoby go wcale, gdyż drzwi
otworzyłyby się pewnie z hukiem.
Jakież
było jej zdziwienie, kiedy w progu stał Zayn, opierający się
ramieniem o drewnianą powłokę. Od poprzedniego dnia nie rozmawiali
ze sobą. Wysadził ją pod kamienicą, a kiedy wieczorem zadzwonił,
rozmowa nie miała ni tempa ani zasadniczego punktu odniesienia.
Znacznie więcej było w niej momentów ciszy niżeli dialogu. A
jeśli już się pojawił, ograniczał się do zdawkowych słów.
Dzisiejszy dzień upłynął w milczeniu. On pracował. Ona
wykorzystała dzień wolny, zostawiając w domu telefon, który czy
tak i tak nie dzwonił.
Jeszcze
przed zaśnięciem, dużo o nim myślała. O sytuacji mającej
miejsce przed uczelnią. O jej podejściu do związku Zayna i Erin. O
całej ich przyjaźni i tego, w jakim jej punkcie obecnie się
znajdują i czy to aby nie jest tak, że powoli nieświadomie
zaczynają siebie ranić. Jedno było pewne. Każda kłótnia
sprawiała, że blondynka uświadamiała sobie jak dużą częścią
jej życia jest Malik.
Dlatego
teraz uchyliła jedynie drzwi, opierając głowę o framugę.
Powstała szpara była miejscem spotkania ich spojrzeń. Ta nić
porozumienia była jednak krucha. W każdej chwili mogła być
zerwana przez trzaskające drzwi.
-
Przepraszam, Alls – wymamrotał. Owinęła się ciaśniej rękoma,
które spoczywały wokół jej talii, podczas gdy jej zęby
nieświadomie wpiły się w dolną wargę. Przymknęła oczy, by
otworzyć je z blaskiem zrozumienia.
-
Nie powinienem był tak reagować. Czasami chyba za bardzo chcę być
w każdym aspekcie twojego życia – dodał po chwili, spuszczając wzrok.
-
Też przepraszam. Chyba nie powinnam była mówić tego ostatniego
zdania – przyznała, zakładając za ucho pukiel włosów. W
odpowiedzi uzyskała jego niepewny uśmiech. I z cichym westchnięciem
odsunęła stopę, blokującą drzwi, po czym te stanęły na oścież.
I
tak zostali zawieszeni między drganiami oddechów, trzepotem powiek
i rzekami słów odzwierciedlonych w niemych spojrzeniach. Jedynie
lekki szum drzew wdzierał się w granice owego bezruchu za pomocą
uchylonego okna. Zmysł węchu łechtał natomiast zapach kolacji,
którą przyrządzało małżeństwo z pierwszego piętra.
Aromat
cynamonu, słodki syrop klonowy, garść przekwitniętych drzew i
oddech żalu.
-
Chodźmy na spacer. - Było to raczej stwierdzenie niż propozycja i
nim Allea zdążyła się zorientować, pchnął szybko drzwi, by
jedną ręką zdjąć z wieszaka jej bluzę, a drugą wyjąć z
wewnętrznego zamka klucze. Oprzytomniała dopiero, kiedy za jej
plecami rozległ się szczęk zamykanych drzwi, a wokół jej dłoni
zacisnęły się palce Zayna, ciągnące ją za sobą w dół
schodów.
Noc
była wyjątkowo ciepła. Chłodny oddech powietrza owiewał
spieczone mury, jakby cicho śpiewając spóźnioną kołysankę
wprost dla spragnionych spokoju włókien. Z oddali dobiegały
jedynie hałasy zasypiającego miasta, którego łuna z każdą
chwilą stawała się coraz mniej rażąca.
Spacerowali
ramię w ramię, aż wreszcie dotarli do otwartej przestrzeni
położonej za rozległymi połaciami wrzosowisk. Pachniał nagrzaną
ziemią i rześkością subtelnej mgły, rozwijającej swoją firaną
między pojedynczymi drzewami rosnącymi w oddali. Opadająca ku
gruntowi trawa łaskotała ich odkryte kostki oraz łydki okryte
jeansowym materiałem.
Rozmowa
toczyła się sama, jednocześnie nie mając konkretnego punktu
zaczepienia.
Wymieniali się spostrzeżeniami prozy dnia codziennego, zabawnymi
sytuacjami. Gdyby ktoś zapytał ich o konkretny wniosek z
konwersacji, zapewne oboje mieliby problem z jego wysnuciem. Aż
wreszcie opadli na zieloną trawę gdzieś na skraju polany, pod
rozłożystym dębem, w
przestrzeni osnutej spokojną ciszą. I tylko nad nimi iskrzyło się
srebrne larum gwiazd, które
onieśmielały swoim blaskiem.
-
Gdybym
wiedział, że będzie robiło się coraz zimniej, wziąłbym jakiś
koc – stwierdził Zayn, wykładając nogi przed siebie.
-
Nie trzeba. Jest dobrze – odparła Ally, która z kolei
podciągnęła nogi pod brodę i zaplótłszy dłonie wokół kolan,
nieznacznie odchyliła się do tyłu.
-
Jak było ostatnio na uczelni? Pasują ci wykłady? Musisz mi
wreszcie pokazać którąś z twoich prac, bo dawno nie miałem
okazji nic czytać. Rany, chyba od trzech lat nie miałem w rękach
nic twojego! W sumie to mam pomysł. Możemy sobie zrobić krótkie
wakacje, jakoś w listopadzie. Co ty na to? Będziemy łamać
stereotypy i pojedziemy się opalać wtedy, kiedy tutaj będzie
lodowato.
-
Jasne, dlaczego nie. - Uśmiech na jej twarzy był delikatny.
Wszystko bowiem skupiało się w oczach, które ze bolesnym
zrozumieniem wpatrywały się w chłopaka.
Już
wiedziała.
-
A skoro o opalaniu się mowa, pamiętasz, jak pojechaliśmy do
Brighton na weekend, kilka lat temu? - zaczął kolejny temat,
gestykulując przy tym dłońmi. - Ostatnio w telefonie znalazłem
zdjęcie, z tego wypadu. Zastanawiam się, jakim cudem twoja skóra
wróciła do normalnego stanu. Przecież po takim spaleniu się, to
nie miało szans się udać!
W
odpowiedzi jedynie cicho się zaśmiała, obracając w dłoniach
źdźbło trawy. Wydarzenie z przeszłości było na tyle zabawne, że
niemożliwym było pozostawienie go bez salw śmiechu. Ally jednak
się to udało, co momentalnie przykuło uwagę Zayna. Spojrzał na
nią z uniesionymi ku górze kącikami ust, nie wiedząc dlaczego
błękitne tęczówki wpatrują się w niego z takim spokojem.
-
No co? - zapytał.
-
Wyjeżdżasz, prawda?- odpowiedziała,
chociaż w
jej tonie nie było ani śladu niepewności. Czyste stwierdzenie,
które wprawiło bruneta w zakłopotanie, jednocześnie sprawiając,
że pewna doza żalu pojawiła się w jego żyłach. Zamilknął na
dłuższą chwilę, mocno zaciskając wargi, jakby to w jakikolwiek
sposób mogło mu pomóc.
-
Przyprowadziłeś mnie tutaj, żeby o tym powiedzieć i się znowu
pożegnać. - Słowa wypływające z jej ust nie były zarzutem, a
ich intencją już absolutnie nie był skrzywdzenie nikogo. Ale
właśnie tak czuł się Malik. Jakby owe słowa, a nie sama Allea,
kiereszowały jego wnętrze i tę kruchą nić, jaka łączyła go z
nią. Z domem.
Za
dobrze go znała, aby dać się zwodzić bełkotowi „o wszystkim i
o niczym”. Zawsze tak robił, kiedy próbował wybrnąć z
krępującej sytuacji. Kiedy chciał odwlec coś, na co nie był
gotowy. Pojawiały się wtedy zdania z brakiem sensu, a zaraz później
w wypowiedź wplatał plany na najbliższe tygodnie, miesiące czy
też lata. Dla większości ludzi przyszłość stanowi zagadkę.
Jest nicią czasu, której niezbadane zakamarki mogą skrywać
sobie najróżniejsze przewrotności losu. Na ową nić mogą nawijać
się koraliki strachu, szczęścia, bólu czy też realizacji. To tam
w naszych pragnieniach jest miejsce na realizację fantazji i marzeń.
Jednak owy łańcuch przyszłości jest nieprzeniknioną mgłą
tajemnicy, tworzącą niestabilny grunt. Dla Zayna było odwrotnie.
Przyszłość uważała za swój gwarant, ponieważ w niej upatrywał
czasu na realizację pragnień, na które nie znalazło się miejsca
w teraźniejszości.
-
Ale to w porządku. Nic się nie dzieje – odezwała się po chwili,
przysuwając się bliżej. Dłonią oplotła jego kark, opuszkami
palców muskając odkrytą skórę szyi. - Będziesz wyjeżdżał. To
już jest część twojego życia. Kiedyś chcieliśmy być
nierozłączni. Myśleliśmy, że zostaniemy tacy, jacy byliśmy
jeszcze kilka lat temu. Sam powiedz. Szkoda, że nie wzięliśmy
poprawki na niektóre wyboje. Wszystko się zmienia, Zayn. Nie
ocaleją nasze chęci, plany, wyobrażenia. Życie je wszystkie
redukuje.
-
Może chociaż my zostaniemy tacy sami – odparł, skubiąc zerwaną
wcześniej trawę. W tym zdaniu było coś uroczego. Ukrywało się w
nim to niewinne pragnienie utknięcia w czasie. Marzenie bycia
niewidzialnym dla biegnącego czasu.
-
Wiesz, że to niemożliwe – wymamrotała niemal karcąco.
-
I powiedziała to osoba, która ma problem z pogodzeniem się z
przemijaniem – rzucił, jednocześnie ciskając trawą przed
siebie.
Nagle
zrobiło się chłodniej, prawdopodobnie przez poruszający liśćmi
wiatr. Niósł on ze sobą ciszę, która
zajęła miejsce między dwoma pogrążonymi w myślach ciałami,
wyłożonymi na zalanej blaskiem nieba polanie. Dwie pary oczu
wpatrywały się w iskrzący firmament nieba, dający poczucie
zawieszenia w czasie. Jeszcze
nie wiedzieli, że będą wracali do tej chwili z czystej tęsknoty
serca, w mgliste wieczory i deszczowe poranki wypełnione brakiem
obecności.
-
Spędzam z tobą czas,
nadrabiając zaległości, bo tego chcę i potrzebuję – odezwał
się niespodziewanie. Ally zmarszczyła brwi i przekrzywiwszy głowę,
spojrzała na przyjaciela.
-
Słucham?
-
Nie przyprowadziłem cię tutaj po to, żeby się z tobą pożegnać,
ani nie po to, żeby ci powiedzieć, że wyjeżdżam. Przyprowadziłem
cię tutaj, bo cholernie mi ciebie brakuje. I nie podoba mi się
fakt, że pomimo tego, że mamy siebie tak mało, to jeszcze prawie
na każdym kroku się kłócimy. Dlatego teraz chcę po prostu
ciebie.
Zamilkli
na chwilę ponownie. Jedynie szelest prasowanej przez przysuwające
się do siebie ciała trawy wypełniał rześkie powietrze.
-
Och, jakiś ty uroczy dzisiaj – rzuciła sarkastycznie blondynka,
cmokając przy tym radośnie. W tym samym momencie Zayn przewrócił
się na brzuch i podparłszy się łokciem, zawisnął nad śmiejącą
się Ally.
-
Romantiko pierwsza klasa. Rumaka zaparkowałem za rogiem.
-
Uważaj,
bo się zacznę przyzwyczajać – zażartowała, a kąciki jego ust
ponownie tego wieczoru uniosły się ku górze. Założył zabłąkane
pasemko jej włosów za ucho, kiedy to spoczęło na jej policzku za
sprawą powiewu wiatru. To właśnie on przywrócił Allei trzeźwość
umysłu, wyrywając ją z tej wyrwanej ze szponów rzeczywistości
chwili. Dopiero wtedy mocniej poczuła zapach jego skóry i ciepło
ust całujących jej skroń.
-
Dobra. A teraz spadaj, bo zasłaniasz mi niebo. - Z tymi słowami
popchnęła jego bark. Odwrócił się na plecy z cichym
westchnieniem, wzbijając w powietrze zapach rosy.
-
Ale
mi również nie
podoba się, że tak szybko wszystko się zmienia. Nie podoba mi się,
że my się zmieniamy – odezwała
się ponownie, kiedy jej zarumienione policzki wróciły do
normalnego stanu.
-
Chociaż ostatecznie… patrzą na nas te same gwiazdy.
Odwrócił
twarz w jej stronę, by przyjrzeć jej nostalgicznym rysom. I właśnie
w jej oczach dostrzegł odbijające się złote punkty, sprawiające
wrażenie jakby to jej tęczówki emanowały blaskiem. Tym niezmiennym i
dobrze mu znanym.
As
long as stars are above you and
longer if I may.
*
Od autorki: Cześć Wam! Dzisiaj mam dla Was rozdział dość sentymentalny, nie tylko przez jego zawartość, ale również przez dobór ścieżki dźwiękowej, o ile tak to mogę nazwać. Nie chcę się rozgadywać. Zamiast tego pożyczę Wam dużo słońca w te ostatnie wakacyjne dni i czystego startu we wrześniu (hehe, studenci, piątka!). A gdybyście mieli chwilkę czasu i przede wszystkim ochotę, zaglądnijcie na Reckless Souls. To taka moja nowość, będąca moim pisarskim dzieckiem.
Trzymajcie się!
I. xx

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz