poniedziałek, 23 listopada 2015

• 6. When you are scared and alone, just know that I’m already home.

*

Głośny dźwięk komunikatora rozdzierał zalane jasnym światłem pomieszczenie, sygnalizując nadchodzące połączenie. Ally od dobrych kilku minut próbowała się jednak uporać z zapięciem swojej bransoletki, przez co dotarcie do laptopa zajęło jej trochę więcej czasu. Palcami drugiej, wolnej ręki kliknęła na słuchawkę, co spowodowało, że na ekranie pojawiło się okno rozmowy.

- Dość trochę ci z tym zeszło – zaśmiał się po drugiej stronie Zayn. Jego twarz skąpana była w półmroku. Jedynie słabe światło bijące z ekranu umożliwiało dostrzeżenie rysów jego twarzy. Ally mruknęła jedynie w odpowiedzi, nadal mocując się z haczykiem biżuterii.

- Wychodzisz gdzieś? – zapytał, marszcząc przy tym drzwi, a zrobił to na tyle niepewnie, że dziewczyna oderwała się od czynności, spoglądając na złożony z pikseli obraz.

- Mamy dzisiaj pożegnalną imprezę. Przecież ci mówiłam – odparła, ostatnie zdanie poddając wątpliwości. Dałaby sobie rękę uciąć, że poinformowała o tym przyjaciela, jednak jego reakcja skutecznie odbierała jej tę pewność. Jego twarz zmieszała się, a dłoń zaczęła pocierać kark, co w jego przypadku było symbolem zakłopotania.

Nie myliła się znacząco. Chłopak dzwonił bowiem z zamiarem spędzenia wspólnie czasu. Rzeczywistość ponownie zaczynała go przytłaczać, a świadomość, że jego ocalenie znajduje się po drugiej stronie oceanu gasiło resztki tlącego się szczęścia.

- Och, wybacz. Musiałem zapomnieć – bąknął. – Idziesz sama?

- Nie. Dan zgodził się mi towarzyszyć. 

Przez jego usta przemknął delikatny grymas, jednak oświetlenie nie pozwoliło jej na dostrzeżenie go.

- Dlaczego mnie nie zaprosiłaś? – rzucił z lekkim wyrzutem, przez co przewróciła oczami i powróciła do walczenia z bransoletką.

- Czy tak i tak byś nie przyjechał. Tu koncert, tam wywiad. Atlantyku też od ręki nie przelecisz.

- Wcale nie! Przecież… - zawahał się przez chwilę szukając jakiegokolwiek argumentu, jednak wszystkie nagle zaczynały tracić wiarygodność. Przez te kilka lat Ally przyzwyczaiła się do takich sytuacji i przestała robić sobie złudną nadzieję, że przecież tym razem może się udać. Spojrzała więc na niego w wymowny sposób, dokładnie taki sam, jakim karciła go wielokrotnie, gdy na myśli przychodziły infantylne pomysły.

- Masz rację – odparł z głośnym westchnieniem. Nie dałbym rady.

Cisza zaległa między nimi, a spojrzenie pełnych żalu tęczówek nie pomagały ani jednej, ani drugiej stronie. W takich chwilach chcieli, aby wszystko było tak jak dawniej. Żeby minione pięć lat się nie wydarzyło.

- Gotowa, Al? – Między drzwiami a futryną pojawiła się brązowa czupryna. Blondynka zerwała się nagle, przerywając tę pełną niezręczności chwilę.

- Tak, tak. Tylko próbuję zapiąć tę wredną bransoletkę – fuknęła, marszcząc nos na co chłopak prychnął tylko pod nosem. Ujął jej dłoń, jednym ruchem mocując niteczkę srebra na chudym nadgarstku.

- Gotowe. Ooo, cześć Zayn – machnął zaskoczony w stronę laptopa. – Musimy się pospieszyć, Al. Chyba, że chcesz znowu mieć wielkie wejście.

- Cześć, Dan. Lećcie już – zaśmiał się nerwowo brunet. I nagle Ally poczuła jeszcze większe napięcie tej sytuacji i z zaciśniętymi wargami spojrzała na przyjaciela.

- Na pewno? Chciałeś chyba o czymś porozmawiać?

- Wszystko gra. To może poczekać – stwierdził z zapałem. Nie uwierzyła.

- Jezu, babo. Ty to jak ta sójka za morze. Wrócisz za kilka godzin. Zdzwonicie się przecież. Też potrzebujesz się rozerwać. – Dan złapał niebieskooką za dłoń, ciągnąc w stronę drzwi.

- Udanej zabawy – rzucił jeszcze brunet.

- Zadzwonię – zadeklarowała, patrząc na niego przenikliwym wzrokiem. Wydawało jej się, że chce powiedzieć o czymś ważnym. Że liczy na to, że wysłucha tego, co siedzi w jego głowie. Zdawało jej się, że w tamtej chwili jej potrzebował. On jedynie pokiwał głową, a po chwili okno rozmowy zniknęło z pulpitu.

Przez cały wieczór nie mogła się pozbyć wyrzutów sumienia, które karały ją za to, że jednak nie została. I momentami, kiedy nie była zajęta zabawą, stawały się one nie do zniesienia. Wtedy sięgała do dawnych wspomnień, kiedy to na takich zabawach pojawiała się u boku Zayna i mimo jego szczerej nienawiści do tańca, spędzali na parkiecie niemal całą noc, wymyślając najróżniejsze układy, których powstydzili by się sami uczniowie Broadway Dance Center. Tamte chwile wydawały się tak odległe, jak chyba jeszcze nigdy. Jakby jakaś cząstka tamtego świata na dobre umarła i została zakopana kilka metrów pod ziemią. A przecież niosły ze sobą mnóstwo szczęścia i niezwykle cenne poczucie przynależności.

Wróciła późną nocą i ze zmęczenia opadła na zasłane łóżko. Wyciągnąwszy telefon z torebki, wysłała brunetowi smsa, na którego, ku jej wielkiemu zdziwieniu, odpisał w momencie. I tak przed samym pójściem spać zdążyli wymienić mnóstwo wiadomości, przez które zasypiała z uśmiechem wymalowanym na malinowych ustach.

*
Don't you know that I spend all my nights counting backwards the days 'til I'm home?

Ogromny tłum skandował nazwę zespołu, podczas gdy rozpoczęcia wielkiego show zostało niespełna pół godziny. Krzyki dochodziły do garderoby i echem odbijały się od betonowych ścian, zwiększając tym samym swój wydźwięk. Obce głosy dotykały jego podświadomości, wbrew woli rozbierając go na najdrobniejsze części. Coś w jego wnętrzu próbowała się wyzwolić. Rozszarpać grubą skórę i wydostać się na zewnątrz, pozostawiając toksyczne myśli daleko za sobą. Jednak nie było to możliwe. Tworzył jedność i ta niejako złożona mentalność musiała jakoś nauczyć się żyć ze sobą w ładzie. Problem tkwił w tym, że nie potrafiła, rozdzierając jego duszę na dwie, nierównomierne części. Ta mobilizująca, odpowiedzialna za szczęście zawsze stanowiła mniejszość, ustępując płaszczyzny tęsknocie i poczuciu osaczenia.

Siedział na tyłach areny, co chwila wkładając między zgryzione wargi gorzkiego papierosa, którego dym mieszał się z pachnącym deszczem powietrzem. Pierwsze jesienne liście leżały już na brudnym asfalcie, swoje blaszki plamiąc brunatną kałużą. Wyglądało to jak swoisty cień zagarniający światłą istotę na swoją stronę. Plątał jasne barwy, rozszarpywał kruche włókna, pozostawiał zmięty strzępek pozbawiony oddechu życia.

Niewiele myśląc, sięgnął do kieszeni po telefony, a już po chwili przyciskał go do ucha z niesamowitą siłą. Dopiero teraz zauważył, że jego kolano drżało, a obok leżały dwa wypalone pety.

Wraz z sygnałem połączenia przenosił się za ocean. Przymknięte oczy niosły go poprzez przestrzeń do tego jednego miejsca gdzie czuł się swobodnie. Nowy Jork nie był domem. Nie były nim również inne miasta; Waszyngton, Bogota, Sydney, Tokio, Amsterdam. Wszędzie stamtąd było daleko. Daleko do zapachu lawendy, jaśminowej pościeli i lustrzanego spojrzenia błękitnych oczu.

*
If only New York wasn't so far away, I promise the city won't get in our away.

Przerzuciła kolejną kartkę z materiałami, mierzwiąc przy tym włosy. Ślęczała bowiem nad książkami kolejną z rzędu godzinę, przez co najprostsze słowa wydawały się być niesamowicie misterne, a kolejne linijki tekstu zlewały się w jedną całość.

- Żyj – rzucił Dan, stawiając przed nią kubek wypełniony cytrynową herbatą. Zdmuchnęła jedynie z frustracji kosmyk jasnych włosów, opadły na czoło.

- Nie zdamy.

- Opowiadasz takie farmazony. Z takim podejściem rzeczywiście może pójść ciężko. No ale ty panikowanie masz już chyba opanowane do perfekcji – zaśmiał się, na co wytknęła mu język. – A tak na poważnie, Ally. Nie możesz się tak wszystkiego bać. Nie na tym to polega. Strach jest budujący, ale w twoim wypadku jedynie niszczy.

Kiwnęła głową bez przekonania.

- Ciekawa jestem jakim pytaniem tym razem zagnie nas Smith – zaczęła się zastanawiać.

- Nie ma mowy! Jestem przygotowany na wszystko. Nawet przypisów się wyuczyłem!

- Ostatnio też tak miało być, a później spotkaliśmy się po dwóch tygodniach z nowym zestawem pytań. Chcesz coś dodać?

- Wypadek przy pracy. Zdarza się nawet najlepszym…. – Oboje zaśmiali się, jednak chwila ta została przerwana przez natarczywy dźwięk nadchodzącego połączenia. Niebieskooka przełknęła głośno ślinę, podświadomie wiedząc kto usiłuje się z nią skontaktować. I to nie to, że bała się Jego. Bardziej obawiała się problemu z jakim dzwoni i kolejnego jego ataku żalu. Zaintrygowany Dan nachylił się na nad stołem, zgarniając wibrującą komórkę, której nie zdążyła pochwycić na czas.

- Zayn? – zapytał marszcząc brwi, a ona już wiedziała co zaraz nastąpi. Zwinnymi palcami szybko wydostała aparat, po czy wstała od stołu.

- All… - ostrzegł jeszcze, jednak nie miała zamiaru słuchać. Szybko przesunęła paznokciem po ekranie.

Powitała ją cisza co jakiś czas przerywana przez nierytmiczny oddech i świst wydychanego dymu papierosowego. Echo gwaru ludzi niosło się w tle, budząc na jej skórze ciarki. Stała sama między czterema ścianami, a ciepło nagrzanych paneli przyjemnie głaskało jej ciało, jednak kiedy pomyślała o nieujarzmionym tłumie i chłodzie przestrzeni, ta przytulna arkadia rozsypywała się, a na jej miejscu pojawiły się szczypiące sidła strachu.

- Zayn… - odezwała się, a zrobiła to w tak błagalny sposób, że nasłuchującego za ścianą Dana ścisnęło w dołku. Z wściekłości zacisnął pięść, resztkami sił powstrzymując się od interwencji.

- Ja nie dam rady, Ally. To nie ma sensu, rozumiesz? Co ja tu w ogóle robię? Nie chcę. Nie potrafię. Zabierz mnie do domu – bełkotał na wdechu. Przycisnęła drżące palce do popękanych ust, przymykając parzące łzami powieki. Nienawidziła, gdy doprowadzał się do takiego stanu.

- Przestań tak mówić. Jak to nie ma sensu? Słyszysz sam siebie? Nie możesz takich rzeczy opowiadać pod wpływem momentu słabości – odezwała się, ze wszystkich sił zbierając wszystkie swoje siły, by włożyć je w swój rozedrgany głos.

- Nie dam rady…

- Zayn, poważnie, koniec! Musisz się uspokoić, rozumiesz? Już jest dobrze. Nie bądź mną, oddychaj.

Po drugiej stronie zaległa cisza, podczas której blondynka mogła słyszeć uderzenia swojego serca. A towarzyszyło mu uporczywe wrażenie rozbijania wnętrza na drobne ziarenka prochu. Odezwał się po paru minutach, podczas gdy ona dusiła się ze strachu.

- Al?

- Hmm?

- Przyjadę – poinformował znienacka. Wydawało jej się, że wszedł do pomieszczenia. Gwar ludzi zaczął być coraz głośniejszy. Słyszała więcej wyraźnych głosów. Jego głos również brzmiał inaczej. Był bardziej zdeterminowany, obecny, jakby zmierzał do jednego celu, a nie tak jak wcześniej, błądził we mgle niczym małe dziecko.

- Jak skończysz trasę – zażartowała piskliwym głosem.

- Przyjadę, Al – powtórzył, by po chwili się rozłączyć.

Zacisnęła komórkę w dłoni, przez co jej palce pobielały. Znowu zostawił ją z mętlikiem w głowie. Znowu nic nie wyjaśnił. A ona stała oddalona o prawie pięć tysięcy kilometrów z drżącymi dłońmi i dziwnym uczuciem między żebrami, którego nie potrafiła jeszcze zdefiniować.

Była tak pochłonięta rozmyślaniem o sytuacji jaka zaszła, że zupełnie zapomniała o zdenerwowanym Danielu czekającym na nią w kuchni i dopiero jego wymowne spojrzenie, na które natknęła się zaraz po wejściu do pomieszczenia przywróciło jej pamięć. Stał z założonymi na piersi rękoma, a jego twarz była iście pokerowa. Tylko czekoladowe oczy zawsze patrzące na nią z pewną dozą protekcyjnego ciepła, tym razem emanowały chłodem i stanowczością. Nigdy tak nie robił. I nigdy też na nią nie krzyczał.

- Czego chciał? – zapytał ostrożnie, jednak wyczuła, że jest na skraju wytrzymałości.

- Porozmawiać. Stresował się przed koncertem – wyjaśniła, otulając się szczelniej bawełnianym swetrem, jakby to w jakikolwiek sposób mogło ochronić ją przed złością szatyna. Jak najdłużej starała się jednak odwodzić moment ostatecznej konfrontacji, łudząc się, że może tym razem się jej upiecze.

- Wiesz, że źle robisz?

- Uczenie się na egzamin dzień przed nim nigdy nie było dobrym pomysłem – odparła spokojnie, wertując zeszyt.

- Nie o tym mówię – syknął głosem pełnym frustracji.

- Daj spokój. – Jasne włosy podskoczyły pod wpływem energicznego potrząśnięcia głową, a malinowe usta opuściło przeciągłe westchnięcie.

- Nie, Allea, nie mam zamiaru odpuścić – niemal krzyknął, a ona wyprostowała się jak struna, wpatrując się w jego naprężoną twarz dużymi oczami. Nigdy nie zwracał się do niej pełnym imieniem. – Nie możesz być na jego każde zawołanie. Kiedy tylko poczuje się źle, ty rzucasz wszystko i biegniesz mu pomóc. Rezygnujesz ze wszystkiego co jest dla ciebie ważne tylko dlatego, bo on tak chce. Dzwoni z drugiego końca świata, kiedy ty jesteś tu i myśli, że tak będzie zawsze, podczas gdy on sam nie jest w stanie podarować ci jednego dnia, nawet jeśli to ty lecisz do niego, oczywiście na jego prośbę. On na to  wszystko nie zasługuje, All. – Wyrzucił dłonie w powietrze, by po chwili warknąć pod nosem. Przespacerował się dwukrotnie po całej kuchni, usiłując w jakikolwiek sposób opanować samego siebie. Za długo jednak to wszystko kotłowało się w jego wnętrzu. A prawda zawsze dąży ku wyjściu na jaw Niezależnie czy byłaby budująca czy też krzywdząca, zawsze musi być w świetle. Ally siedziała jedynie na krześle z zaciśniętymi ustami, a splecione na kolanach dłonie niespokojnie się o siebie zaczepiały. Kotara włosów przysłaniała prawy policzek, ukrywając między blond pasmami oczy.

- Pomyśl tylko i powiedz mi… co zrobiłaś dzisiaj dla siebie?

- Dla kogo?

- Dla siebie. Dla tej cudownej i kochanej dziewczyny, która jak nikt inny zasługuje na miłość. – Zawahała się przez chwilę i pustym wzrokiem omiotła zawalony książkami stół.

- Herbatę. Zrobiłam dla niej herbatę*

Opuścił dłonie w akcie rezygnacji, po czym podszedł do jej garbiącej się sylwetki, stając tuż za nią. Położył jedną dłoń na jej barku, podczas gdy drugą odgarnąć spadające na twarz włosy.

- Tak nie można.

*

Słońce zalewało swoimi ciepłymi promieniami cały dziedziniec szkoły, powodując, że jej pobielane ściany wydawały się teraz być koloru kości słoniowej. Ally wyszła z budynku, trzymając w dłoni dwa długopisy, których wcześniej nie zdążyła schować do torebki. W głowie miała tylko harmider myśli związanych z tym, czy dobrze odpowiedziała na pytania testowe, jakie znalazły się na dzisiejszym egzaminie, chociaż ich rzeczywistej treści ni w ząb nie pamiętała.

Niebieskie tęczówki dostrzegły jednak dobrze znany jej samochód, o którego drzwi opierała się znajoma postać. Wiosenny wiatr napełnił zeschnięte płuca, skutecznie powodując zapomnienie o tym, co działo się jeszcze przed godziną.

Z pewnym dystansem podeszła bliżej, gdyż nie była pewna w stu procentach, czy to rzeczywiście On. Stanęła przed nim zmieszana, usiłując dostrzec coś przez przyciemniane okulary.

Wyglądał na odświeżonego. Poburzone włosy sterczały w różnych kierunkach, a zwykły t-shirt idealnie przylegał do jego ciała. Mimo tego jego cera wydawała się być poszarzała, a policzki zapadnięte. Wyglądał rześko, ale wrażenie to nie było w stanie zatuszować promieniującego zmęczenia. W kieszonkę jeansów wetkniętą miał paczkę papierosów, spod której wieczka wystawała zapalniczka.

Zakładając włosy za ucho, wreszcie zlustrowała całą jego twarz, a w brzuchu rozwiązała się jeden supeł, proszący o trochę bliskości.

- Mówiłem, że przyjadę.

I zastygli w czasie; ona z założonymi na biodrach dłońmi, zasznurowanymi ustami i zmrużonymi pod wpływem słońca oczami. On ze spokojem wymalowanym na wycieńczonej twarzy i subtelnym błyskiem uśmiechu w ciemnych oczach.

Aż wreszcie podeszła do jego chudej postaci, wyciągając ku niej dłonie, by zaraz uczepić się pochylonej szyi i przywrzeć do rozgrzanej skóry swoim ciałem. Ukrył twarz w jej włosach, czując dobrze znany mu zapach.

- Teraz wiem, że jestem w domu – mruknął.

Just know that I'm already home.

* Magda M.


a/n: Uszanowanko! Jestem prze szczęśliwa, bo WMU  dobiło właśnie do 1K wyświetleń. Szooook! Dziękuję Wam bardzo, bo Wasz odzew jest dla mnie jakąś endorfiną! Co do rozdziału, mam do niego dziwną słabość. Tak tylko. Aaa, i na dniach pojawi się zapowiedź świątecznego short story, bo jednak pokonałam mojego lenia i otworzyłam worda. Wooho, brawa dla tej pani! Uciekam już, bo w tym tygodniu maraton z próbnymi. Matura to bzdura, nie? 

#WakeMeUpFF

@hemminzg


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz