Kamilowi. Za wspaniałe dzieciństwo, tony wspólnie zjedzonych lodów, wieczory ze strasznymi historiami, po których bałam się wracać do domu, za budowanie baz, kopanie w ziemi w poszukiwaniu szczątków, pierwsze przekleństwo, rowerowe tripy, nagminne jedzenie kwaśniaków, klepankę i podchody, letnie pieczenie własnej skóry na ogromnym słońcu, niezliczone mecze siatkówki i przemierzanie rzeki w poszukiwaniu piłki, maratony z Galactik Football i przeżywanie każdej części Harry'ego Pottera, za bycie najlepszym strażakiem. Za wspólną naukę przypadków na kamieniach. Przede wszystkim za bycie najlepszym parter in crime jakiego mogłam sobie wymarzyć w dzieciństwie. Często tęsknię. Coś zostało. Poszarpane, ale jednak. Dziękuję. I mam nadzieję, że życie poprowadzi Cię dobrą drogą. Tą, na którą zasługujesz.
*
And if you're in love, thenyou are the lucky one.
Rześki szum liści, którymi kipiały korony
drzew wprowadzał w stan ukojenia, a wiosenny wiatr muskał zaczerwienione od
słońca policzki magnoliową dłonią. Po niebie sunęły niemal koronkowe chmury,
skrywając w połach swojej mlecznej kołderki szybujące stada ptaków. Dookoła
rozpościerały się pagórkowe polany porozdzielane niewysokimi kamiennymi murami,
które w wyniku upływających lat zdążyły obrosnąć mchem. Stare topole tańczyły z
podmuchami powietrza, mieniąc się jadeitowymi barwami, a droga wiła się to w
dół, to w górę, biegnąc obok skromnych gospodarstw, czy też przez puste
połacie.
Spacerowali już dość długo. Trochę czasu
pochłonęło im wydostanie się z samego miasta, gdzie czuli się osaczeni przez
brudne budynki i spieszących się ludzi. Zawędrowali więc aż na obrzeża Bradford,
gdzie zwykli byli chodzić, kiedy jeszcze wszystko było normalnie.
- I co teraz planujesz? – zapytał,
zakładając na nos przeciwsłoneczne okulary. W międzyczasie zerwała źdźbło trawy
rosnącej na poboczu, którą zawzięcie tarmosiła, jakby to w jakikolwiek sposób
pomogło jej w znalezieniu odpowiedzi.
- Składam papiery na studia. Zbyt długo z
tym zwlekałam.
- A nie myślałaś o tym, żeby jechać ze mną.
Wzięlibyśmy cię jako naszego fotografa. Wszystko by się załatwiło –
zasugerował, w duchu modląc się, by na to przystała. Od dawna czekał, że Ally
zaliczy wszystkie kursy, by wreszcie podzielić się z nią swoim planem.
Westchnęła przeciągle, odrzucając główkę
trawy pod nogi. Przecież taki scenariusz nie wchodził nawet w rachubę. Nie była
na coś takiego gotowa. Nigdy nie chciała iść w takim kierunku.
- Nie ma mowy. To jest twój świat, Zayn. To
ty do niego należysz, nie ja – spojrzała na niego przez przyciemniane szkła. –
Jak tylko dostanę odpowiedzi z uniwersytetów, planuję przeprowadzkę. Nie mogę
wiecznie tutaj siedzieć.
- Dlatego proponuję ci tę pracę. Zawsze
chciałaś podróżować.
- Tak, ale nie w takim wymiarze. Robisz to,
co kochasz. Pozwól mi też na takie doświadczenie. – Potarła jego ramię
pokrzepiająco.
Milczeli przez chwilę, a wiosenni wiatr
rozwiewał ich włosy. Czasami musimy zdobyć się na poświęcenia. Czasami musimy
zawalczyć, nawet jeśli burzyłoby to ustalony porządek. I nawet gdyby naruszało
wątłą strukturę szczęścia, jaką utkaliśmy z nici niepokoju.
- Jeśli uważasz, że to dla ciebie będzie
lepsze, nie mam nic do gadania. Tylko żebyś była szczęśliwa – odparł wreszcie.
– I nie jojczyła mi na każdym kroku, śpiochu.
W drodze powrotnej odwiedzili pozostałe ich
miejsca. Stara kawiarnia, w której serwowali najlepsze gofry z karmelem nic się
nie zmieniła. Na placu zabaw dokładnie zbadali wymienione szczeble, oczywiście
nie omieszkując ich przetestowania. Usiedli na starych huśtawkach, które swoim
skrzypieniem wyrecytowały parę wspomnień. Siodełko Ally nadal było
wygodniejsze, niż to Zayna, które z tą samą zaciekłością wbijało się w
karoserię. Tylko czerwona farba zdążyła już odpaść z niegdyś radosnych prętów
konstrukcyjnych, odstawiając brunatny metal.
Nim się zorientowali, zapadł zmrok, a rosa
zaczynała zraszać bujną trawę.
- Mamo, jesteśmy – krzyknęła blondynka,
przymykając drzwi frontowe.
Zsuwając trampki ze stóp, zdążyła jeszcze
odwiesić sweter na wieszak, kiedy do przedpokoju weszła wysoka kobieta o
ciemnych włosach ściętych do linii brody.
Allea była bardzo podobna do matki.
Odziedziczyła po niej rysy twarz, specyficzne kości policzkowe, długi wachlarz
rzęs oraz subtelnie wykrojone usta. Również kolor włosów, mimo że Sophie od
czasów swojej młodości farbowała je na ciemne odcienie. Oczy kobiety były
błękitne bez żadnej innej domieszki, co odróżniało ją od córki. Różnicą
widoczną gołym okiem był również wzrost. Ally była średniego
wzrostu, jednak by dorównać mamie, potrzebowała jeszcze paru centymetrów.
Kobiety znacząco różniły się jednak charakterem. Mama miała głowę do interesów,
nie bała się nowych wyzwań i zawsze mówiła to, co myśli, przez co wielu
znajomych panny Bray się jej bało. W rzeczywistości jednak była ciepłą osobą, z
którą zawsze można było pożartować. Jej córka natomiast była strachliwym
stworzeniem, które bało się nawet wyrazić własnego zdania. Nie zawsze tak jednak
było. Owa zmiana wyniknęła z przeżyć lat dziecięcych, kiedy to Al zmuszona była
obcować na zajęciach szkolnych z wyjątkowo nieprzyjemnymi dziećmi.
Zayn uwielbiał Sophie, niezależnie co inni
o niej sądzili. Miał do niej ogromny sentyment, jak i szacunek za stawianie
czoła wielu wybojom w jej życiu.
- Przepraszam, że ją tak późno oddaję.
Troszkę się zagadaliśmy i … - zawahał się, pocierając dłonią kark. Kobieta
zaśmiała się ciepło.
- Ej, dzieciaki. Tylko powiedzcie, że nie
zrobiliście niczego głupiego.
- To już chyba nie ten wiek, mamo –
zażartowała Ally.
- Nie powiedziałabym tego.
- Dzisiaj było wyjątkowo spokojnie. Trzeba
było odwiedzić stare miejsca. Dopiero jutro zacznie się Sajgon – rzucił
zaczepnie Zayn, na co oboje z Sophie głośno się zaśmiali, natomiast sama panna
Bray pokiwała głowę pobłażliwie.
- Idź ty już lepiej spać. Pewnie jesteś
zmęczony – stwierdziła, kładąc chłopakowi dłoń na piersi i lekko pchając go ku
drzwiom.
- Ledwo przyjechałem, a już mnie wygania.
Widzi pani jaki to człowiek?
- Nie używaj takiej taktyki przeciwko mojej
mamie. To nieczyste zagranie – pogroziła jeszcze palcem, na co Zayn wytknął jej
język.
- Wszystkie chwyty dozwolone.
- Rany boskie, wychowywałam potwory –
jęknęła ze śmiechem kobieta, po czym pożegnała się z dwójką przyjaciół i udała
się do swojej sypialni.
- Chyba rzeczywiście pójdę – stwierdził
brunet, przecierając oczy i już po chwili przerzucał długie nogi przez parapet
okna, jak czynił to kilka lat wcześniej niemal codziennie. Bo po co opuszczać
dom jak cywilizowany człowiek, skoro można zrobić skok przez płot?
Późnym wieczorem Ally leżała przykryta
cienką kołdrą, z głową ułożoną na puszystej poduszce i obserwując jak
fluorescencyjne gwiazdy migoczą na jej suficie, rozmyślała o wydarzeniach
minionego dnia. O powrocie Zayna, o ich wspólnie spędzonym czasem i o
propozycji, którą jej złożył, a którą niezależnie jak bardzo by ceniła, musiała
odrzucić.
Chciała myśleć, że jej przyjaciel również
zakopany pod połami pościeli odpoczywa we własnych czterech ścianach, czerpiąc
same profity z przebywania we własnym łóżku. Naprawdę chciała tak myśleć.
Jednak głośne pstrykanie skutecznie odwodziło od niej tę myśl.
- All? Ej, All. Śpisz już?
Podeszła do okna, marszcząc przy tym drzwi.
Na starej gałęzi rozłożystego drzewa stał ubrany w piżamę Zayn i ze wszystkich
sił starał się zwrócić na siebie uwagę.
- Śpisz?
Rozłożyła sarkastycznie dłonie w
odpowiedzi, by zaraz założyć ja na piersi.
- Nie, tańczę kankana lunatykując. Co ty robisz?
- Poczekaj chwilę. – Po tych słowach
przeszedł na kolejną gałąź, tym razem tą bliższą okna jej sypialni. Gdy tak
obserwowała jego zmagania wydawało jej się, że widzi tego samego
szesnastoletniego chłopaka, który wielokrotnie pokonywał tę samą trasę, by
wieczorami wspólnie z nią oglądnąć kolejny odcinek kreskówek Looney Tunes.
Szybko jednak została sprowadzona na ziemię,
ponieważ chłopak podciągnąwszy się na konarze, wpadł do jej pokoju. Szybko
odsunęła się robiąc miejsce na lecące zwłoki, które z głuchym hukiem uderzyły o
dywan. Gość wydał z siebie dziwny do określenia dźwięk, który miał chyba
imitować jęk.
- Jesteś cały? – zapytała wystraszona, kucając przy jego leżącej
bezwładnie sylwetki.
- Nie. Złamałem rękę. Obie ręce. Złamałem
wszystko.
- Ale jesteś tutaj.*
Dziewczyna podbiegła do drzwi, uchylając je
jak najciszej mogła, by sprawdzić, czy któreś z rodziców obudziło się przez ten
nocny napad, jednak mogła odetchnąć z ulgą, gdyż w domu panowała zupełna cisza.
Gdy z powrotem zamknęła drewnianą powłokę, Zayn już siedział na jej łóżku
masując obolałe żebra.
- Co ty tu właściwie robisz? Zwariowałeś?
- Nie mogłem spać i wiedziałem, że ty też
nie, więc postanowiłem wpaść – wytłumaczył cwaniacko, na co prychnęła pod
nosem.
- Rodzice cię zabiją, jak się dowiedzą, że
nawet teraz zwiałeś z domu.
- Chcę spać z tobą – wyjaśnił jak gdyby
nigdy nic, rozkładając przy tym koc.
Zacisnęła mocniej wargi, wdrapując się na
łóżko, a gdy już nakryła się kołdrą, spojrzała miażdżąco na przyjaciela.
- Śpisz od strony drzwi. I niech mi tylko
Twoja gałąź wlezie na moją połowę, to spadasz na ziemię. – Po tych słowach,
odwróciła się do niego plecami, a w pokoju nastała cisza. No, może nie od razu,
bo oczywiście musiało minąć trochę czasu nim chłopak znalazł najwygodniejszą
pozycję.
*
And if you're still breathing, you're the lucky ones, 'cause most of us are heaving through
corrupted lungs.
Kolejne dni upływały w spokoju. Spędzali je
wspólnie na piciu ulubionej lemoniady, długich wieczornych spacerach,
oglądaniem starych Disneyowskich hitów, ale przede wszystkim na rozmowie
wymianie stęsknionych spojrzeń oraz odpoczynku.
Już dawno nie czuł się tak jak teraz.
Zawsze w biegu, otoczony masą ludzi żądających od niego prezentowania drugiej
osobowości. Uczucia nie grały roli. Nie miał czasu na radość, tęsknotę czy też
strach. Jego załamania były ignorowane, gdyż nie było na nie czasu. Nie tego od
niego oczekiwano. Bał się po cichu, zamknięty w niewidzialnej trumnie własnego
ja, tęsknił zagryzając wargi, bez wypowiedzenia ani jednego słowa, okazywał
zmęczenie machnięciem dłoni, a cieszył się… no właśnie, na to akurat mało
pozostawało miejsca. Okazywał to sporadycznie, za pomocą krótkich uśmiechów o
jeszcze krótszych spojrzeń. Zazwyczaj śmiał się za drzwiami. I można się mylić,
mówiąc, że tyle razy na zdjęciach można było zobaczyć jego rozweseloną twarz.
Był mianowicie inny rodzaj szczęścia. Ten bardziej wymuszony, ten pochodzący od
„tego drugiego”. I z pewnością nie miał nic wspólnego z tym człowiekiem, którym
był jeszcze dwa lata wcześniej. Emocjonalna atrofia rosła. Czas płynął
szybciej. I tylko pająk czasu spowijał jego poszarzałą cerę gęstą nicią
obojętności, powoli kreując zupełnie inną personę. A pomiędzy małymi lukami
można było dostrzec tego samego chłopaka tryskającego energią do życia, chcącego
spełnić marzenia, potrafiącego czuć coś więcej niżeli smutek i zagubienie.
Przy niej było inaczej. Błękitne spojrzenie
pokonywało ciągłą szarość, a dotyk drobnych dłoni odganiał strach. Był sobą,
nie tą pustą kreaturą, którą wszyscy chcieli zobaczyć. Wielokrotnie
przechodziło mu przez myśl, że taki stan rzeczy mógłby zostać utrzymany. Mógłby
wstawać około siódmej nad ranem i czuć jej zapach dookoła siebie. Wtedy krew w
jego żyłach nie wrzała już tak bardzo, a serce nie dusiło się szponami arytmii.
Trzeźwość umysłu powracała, za czym od dawna tęsknił. Wstawałby rano i jadł
śniadanie podane przez bezbłędną matczyną rękę. Później przechodziłby przez
ogród, albo nawet nie. Mógłby za pomocą grubej gałęzi wdrapać się do je pokoju
i urządzić diabelską pobudkę. Spojrzałaby na niego zaspanym wzrokiem i
rzuciwszy kilka epitetów, odwróciłaby się na drugi bok, by spać dalej. Wtedy
kładłby się obok niej, by dospać pół godziny. Wspólnie sprzątaliby w domu,
podlewaliby ogródek, a nawet sam Zayn skory był do zatrudnienia się w starej
kawiarence w centrum miasta, by coś niecoś zarobić. Poszliby na studia, tak jak
zawsze planowali, a później czekaliby co przyszłość przyniesie.
Niestety po tym, jak dłuższą chwilę
pozwolił sobie na takie fantazjowanie, do drzwi pukała rzeczywistość, mówiąca
że to nigdy nie ma prawa się wydarzyć. On nie jest już tą samą osobą. Ich
światy dramatycznie się różnią i musiałby włożyć ogrom siły, by w jakikolwiek
sposób
Jeden z dowodów na ten cichy głos
podświadomości ukazał się czwartego dnia pobytu, gdy oboje rozłożeni na
salonowej kanapie w domu państwa Bray ściskali w dłoniach pady, usiłując
wykrzesać coś jeszcze ze starej wersji gry Fifa.
- Chyba wyszedłeś z wprawy – zaśmiała się,
nie odrywając wzroku od ekranu telewizora. Prychnął jedynie pod nosem, nie
odzywając się ani słowem. Jego zręczne palce w momencie zatańczyły między
odpowiednimi guzikami, co ostatecznie zaowocowało zdobyciem gola.
- Mówiłaś coś? – W odpowiedzi wytknęła mu
język, lecz aby to zrobić, musiała się odchylić, gdyż plecami opierała się o
jego klatkę piersiową. Blond kosmyki połaskotały odkrytą szyję, przez co
niekontrolowanie zaśmiał się. – I bierz te kudły, bo mnie smyrają.
- Żebym ja cię zaraz nie musiała posmyrać.
- Znowu mi grozisz? – zapytał i już po
chwili żebra dziewczyny zostały zaatakowane. Ciałko zwinęło się w kulkę, a z
oczu zaczęły lecieć pierwsze łzy. Po całym domu niosły się ich śmiechy, a że
Ally nie zdecydowała się odpuścić, również wściubiła palce w klatkę piersiową
przyjaciela. W efekcie tego pady wylądowały po drugiej stronie kanapy, a ich
ciała poturlały się po ziemi. Zabawę tę zakończyły dopiero statystyki
wyświetlone na ekranie, które jednoznacznie stwierdziły koniec gry.
- I szlag jasny trafił mój rekord –
jęknęła.
- Chyba ten w braku utraconych 6 bramek w
jednym meczu.
- Ale to zawsze coś!
- Chodźmy spać – wymamrotał, wtulając
policzek w jej rękaw, jednocześnie prostując swoje nogi na puchowym dywanie.
- Mówię o bardzo ważnych
osiągnięciach w moim życiu, a ty chcesz spać. To nie jest fair!
- Dzieciaki, kolacja – krzyknęła z
kuchni Sophia, co w momencie spowodowało poderwanie się chłopaka do pionu.
- Zmieniłem zdanie. Idziemy jeść.
Wyciągnął ku niej dłonie, które
szybko ujęła, by się podciągnąć ku górze i stanąć na wyprostowanych nogach.
Kuchnia pachniała świeżym
szczypiorkiem i pomidorami, a z talerzy kusiła aromatyczna jajecznica. Pani
Bray wycierała właśnie dłonie w kraciastą ścierkę, gdy weszli do pomieszczenia.
Uśmiechnęła się w ten swój unikalny, matczyny sposób i usiadła do stołu.
- Jedzcie już, bo praktycznie cały
dzień was w domu nie było – nakazała, upijając łyk cytrynowej herbaty. – A
skoro o tym mowa, muszę iść do Tricii, ale to może później. Nie wiesz, czy może
kupiła już te truskawki na dżem?
Chłopak pokiwał przecząco głową,
gryząc skórkę chleba.
- Nie mam pojęcia. Ale dzisiaj nie
było jej popołudniu, więc bardzo możliwe, że po nie była.
- Nie ściemniaj. Przecież wtedy
nawet u siebie nie byłeś – rzuciła Ally.
- Fakt, ale monitoring ogrodowy mam
na wysokim poziomie i, uwierz mi, wiem nawet co dzieje się u ciebie w pokoju,
jak usiądę w dobrym miejscu.
- Jesteś niemożliwy.
- Nieważne, dzieciaki. Koniec tematu
– ucięła dyskusję Sophia, rzucając w siedzącą przed nią dwójkę ścierką. – A,
miałam jeszcze pytać… o której masz samolot, Zayn?
W pomieszczeniu zaległa cisza i
gdyby nie spojrzenia przyjaciół, kobieta nie zorientowałaby się, że coś jest
nie tak. Zayn zmieszany założył dłonie na stole, spuszczając wzrok, natomiast
Ally opornie połknęła kęs kromki, wielkimi oczami spoglądając na bruneta.
- Jaki… samolot? – zapytała
ostrożnie, zniżając ton głosu. Nie było już w nim wesołości, a jednie
niepewność i nuta smutku. Sophia spojrzała na brązowookiego, by po chwili
odetchnąć głęboko.
- Nic nie wiedziałaś, prawda? – Było
to bardziej stwierdzenie niż pytanie. Niezręczna cisza nasilała się, łomocząc w
czaszkę dziewczyny z siłą ogromnego dzwonu. I chyba nie tylko jej ciążyła ta
sytuacja.
- Jutro wracam na trasę, All –
odezwał się, wreszcie spoglądając na jej pustą twarz. Potrząsnęła tylko głową
na znak że rozumie. Bo rozumiała. Potrzebowała jedynie odrobiny wycofania i
zamroczenia, by jej świadomość nie krzyczała jej twarz powodami, dla których
znów musi jej uciec.
Siedziała ze spuszczoną głową,
ignorując zupełnie toczące się obok niej rozmowy. Widelcem rozgrzebywała
ostygłą jajecznicę, nie mogąc w siebie wmusić ani kęsa. I tylko jasne kosmyki
uwolnione spomiędzy ciemnej gumki opadały na jej porcelanowe policzki, muskając
delikatną skórę.
Wreszcie nie wytrzymała i z
zagryzionymi wargami wstała z miejsca.
- Wiecie, ja się chyba pójdę już
położyć. Coś mnie głowa rozbolała – wymamrotała i nie spoglądając na nikogo,
wyszła z pomieszczenia.
Mimo złożonej deklaracji, ani razu
nie zmrużyła oka, całą noc motając się w połach pościeli. Gdy Zayn pukał do
drzwi, udawała sen, gdy dzwonił, telefon odrzucała na drugą stronę łóżka. Nie
chciała go widzieć, bo wiedziała, że za parę chwil znowu ją zostawi. Tak nagle,
bez uprzedzenia. Przez jej głowę przebiegało sporo myśli, w tym ta, czy kwapił
się by powiedzieć jej o wylocie, czy też miał zamiar zrobić to bez słowa. Była
jednak zbyt pochłonięta wizją ponownej samotności, by poświęcić temu więcej
uwagi. Przy nim było inaczej. Było cieplej. Było raźniej.
Nie wiedziała kiedy na niebieskim
sklepieniu pojawiło się słońce, a ona sama została zataszczona na lotnisko.
Rodzice jej oraz Zayna żegnali go wesołą rozmową i kilkoma przestrogami,
podczas gdy ona stała wycofana, z założonymi na piersi ramionami, owleczonymi
za dużym, szarym swetrem. Chwilami pozwalała sobie spojrzeć na jego oliwkową
twarz i błyszczące oczy. Włosy dzisiaj miał w zupełnym nieładzie. Nie
potrzebował przecież z nimi walczyć przed długim lotem. Żartował i uśmiechał
się, by momentami przybrać zamyślony wyraz twarzy. I ona sama nie mogła
dostrzec, że on również na nią spogląda, pełnymi żalu tęczówkami.
Wreszcie rodzina odsunęła się na
bok, zostawiając ich naprzeciwko siebie.
- Nie bądź zła.
- Nie jestem.
Westchnął głęboko i nie zważając na
brak jej spojrzenia, czy też zgarbioną sylwetkę, zakleszczył ją w silnym
uścisku, dłońmi gładząc drżące plecy. W tamtym momencie zrozumiał, że jej
delikatny foch odszedł już w zapomnienie.
- Tylko wróć szybko – wymamrotała mu
w szyję. – Do mnie.
My eyes are damp from the words you left.
*Now is good
a/n: Mam nadzieję, że u Was leci lepiej jak u mnie. Much love i coraz bliżej święta!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz