czwartek, 28 kwietnia 2016

• 13. Spaces between us, keep getting deeper.

Dedykacja nieco inna niż zazwyczaj. Bo mam w sobie taki pierwiastek, który od dobrego roku próbuje się wydostać. Który sprawia, że boję się jeszcze bardziej. Który szarpie wspomnieniami i krzywdzi. Dlatego ten rozdział dedykuję wszystkim tym, którzy też czują w relacjach rosnącą przestrzeń i powoli witają się z pustką. To wszystko ssie, prawda? Jedno tylko mnie zastanawia. Kto jako pierwszy się pożegna.

*

Who’s gonna be the last one to forget this place?

Niewielki las szumiał piosenkę spokoju, wzbijając tym samym w powietrze zapachy ściółki i uschniętych liści, które mieszały się ze słodką wonią letniej trawy. Niebo było  czyste, wręcz można by było powiedzieć, że krystaliczne i tylko niewielkie obłoki zaplątane w nadziemnej przestrzeni przysłaniały co jakiś czas firmament usiany jasnymi gwiazdami. Nocny stróż swoją łuną zalewał pole obozowe, sprawiając wrażenie, że to wcale nie jest środek nocy, a zaledwie wczesny wieczór. I tylko trzask palonego w ognisku drzewa i ciche szepty rozmów nie pasowały do tego przyrodniczego obrazu, choć mimo wszystko posiadały pierwiastek dopasowujący się bez widocznych różnic do całości.

Wysokie trawy łaskotały odkryte łydki, a trzask łamanych gałęzi uciekały spod wytartych trampek, kiedy Ally wraz z Danem przemierzali kolejne połacie gąszczu drzew. Ciepły oddech powietrza rozwiewał ich przesiąknięte świeżym zapachem włosy, poruszając delikatnie materiałami bluzek i składając delikatne pocałunki na uśmiechniętych twarzach.

- Nie zjem już nic więcej – wymamrotała dziewczyna, wolną ręką łapiąc się za brzuch. W drugiej bowiem dzierżyła suche drewno potrzebne, aby dołożyć do ognia.

- A może jednak skusisz się na jeszcze jedną porcję prażonek, co? – zaśmiał się, robiąc unik przed nisko zwisającym konarem drzewa. – Nie mów, że odmówisz! Gdzie twój zaparty duch survivalu?

W odpowiedzi jedynie prychnęła pod nosem i pokręciła ze zrezygnowaniem głową, chociaż dobrze wiedziała, że kolega nie może tego zauważyć.

- Mniej gadania, więcej chodzenia. Zaraz dotrzemy do obozu – rzuciła za plecy i w momencie jedynymi dźwiękami był szelest deptanych liści i przeraźliwie głośny koncert świerszczy.

- Tak się zastanawiam, czy wszystko już przewiozłam do mieszkania, jak myślisz? – zapytała po chwili, kiedy w polu widzenia pojawiły się zarysy namiotów, a rozmowy rodziny stały się bardziej wyraziste. Stała wówczas na skraju lasku, mając za sobą czarną przestrzeń i echo huczenia sowy.

- Dan? – zwróciła się do chłopaka, jednak ten nie odpowiedział.

- Dan! – ponowiła, jednak z podobnym efektem. Wówczas odwróciła się za siebie, by nie dostrzec ani śladu Millsa. Z przerażeniem powoli uaktywniającym się w błękitnych tęczówkach poczęła rozglądać się w promieniu kilku metrów, nawołując zgubę. Serce pomału zaczynało przyspieszać swoją pracę, co nie wróżyło nic dobrego.

- Dan! – warknęła i już miała zamiar ruszyć pędem w stronę ogniska, kiedy w krzakach obok coś się poruszało. Niskie gałęzie zatrzepotały, a trzask gałęzi swoim dźwiękiem wbił miliony igieł strachu w ledwo wydalające serce. Rozpaczliwy krzyk rozdarł kotarę nocy.

- Bu? – zapytał od niechcenia, wyłaniając się z mroku. – I czemu się tak drzesz?

- Na litość boską! Bałam się, że ci się coś stało! I jeszcze mnie wystraszyłeś! Ty chory ośle! Jak mogłeś!? – wyrzucała z siebie słowa z prędkością karabinów, a kiedy już skończyła, jej pięść spotkała się z silnym ramieniem Daniela.

- Musiałem iść za potrzebą, a jakoś niespecjalnie uznałem ten fakt godnym podzielenia się na forum – zaśmiał się na jej reakcję, co jeszcze bardziej ją rozjuszyło, jednak po kilku kuksańcach w bok, wrócili na przyzwoicie neutralny grunt.

- Czy to było zarzynane zwierzę, czy ktoś został złamany wpół? – zapytała z oddali Doniya, tym samym przerywając serenadę gróźb adresowanych do Daniela.

Cała rodzina nadal zasiadała przy kamiennym kręgu pod ogromnym dębem, dorzucając resztki drewna do paszczy rozjuszonych jęzorów ognia, pijąc malinową herbatę zaparzoną na łonie natury i podśpiewując stare skautowe piosenki.

- Myślałem, że już was tam coś pożarło – krzyknął rozbawiony Richard, wpatrując się jak dwie sylwetki obładowane drzewem zmierzają w jego kierunku.

- Problemy przy pracy. Wie pan, ktoś tu nie bardzo tryska odwagą...

- Nie wiem o czym mówisz. To była czysta intryga! Nie byłam na nią przygotowana! - odparowała Ally, naburmuszając usta. 

- Ależ oczywiście - rzucił ze śmiechem pan Bray. - Razem z Danem świetnie rozumiemy twoją sytuację, Ally.

Mężczyzna mrugną porozumiewawczo do chłopaka, po czym pomagając sobie butem, odłamał gałąź od dużego konaru, wrzucając do w kamienny krąg. Blondynka z niedowierzaniem pokręciła głową i już miała podnosić dłoń, by wygłosić obronną przemowę, kiedy jej oczom ukazało się sto iskrzących się punkcików. 

- Świetliki! – pisnęła uradowana. Odrzuciła przyniesione gałęzie i pieńki na bok i długimi susami pomknęła na otwartą polanę, gdzie w mrocznej kołdrze nocy migotało wiele latających istotek. Nie musiała długo czekać, by dołączył do niej Daniel, a wkrótce po nim mała Saafa.

I nagle wszyscy zebrani poczęli skakać po usianej trawą połaci, usiłując złapać robaczki świętojańskie. Dookoła rozbrzmiewały śmiechy oraz zabawne komentarze, a leśna aura tuliła rozradowane ciała. W tamtym momencie Ally poczuła, że każde włókno jej ciała wypełnia szczęście. Czyste i bezwarunkowe szczęście otrzymane w najbłahszy z możliwych sposobów. Przebywała z najbliższymi w bardzo pięknym otoczeniu, którego widoki zapierały dech w piersiach. Zapomniała o nadmiernym myśleniu, odcięła się od smutnych wspomnień i pozwoliła, by beztroska fala zalała ją całą. Ot tak, po prostu.

W całym tym ferworze zaginęła bytność jej telefonu, który ukryty w kieszeni plecaka wyświetlał cztery nieodebrane połączenia od Zayna.
*
Who’s gonna be the first one to fall asleep at night?

Szelest śpiworów krępujących ruchy słyszalny był na zasianej snem polanie, kiedy między trzecią, a czwartą nad ranem Dan przewracał się na drugi bok. Cykady kontynuowały swój koncert, a przez siatkę chroniącą przed robakami do wnętrza namiotu wlewała się srebrna smuga księżyca, rzucająca na koce kraciaste cienie. Powietrze było rześkie, charakterystyczne dla bardzo wczesnych poranków na świeżym powietrzu.
- Czemu jeszcze nie śpisz? – zapytał, kiedy dostrzegł w mroku mrugające powieki leżącej obok dziewczyny.
- Czekam aż tata przyjdzie nas nastraszyć. Taka tradycja. Zawsze czeka chwilę, kiedy położymy się do spania, żeby później ruszyć namiotem i trochę poudawać potwora. Z Zaynem mieliśmy z tego ubaw – wyjaśniła, podkładając pod głowę rękę.

- Jestem tutaj dopiero trzeci raz. Pierwszy od jakichś czterech lat. Daj mi sobie przypomnieć – odpowiedział ze śmiechem. Po dłuższym skupieniu przypomniał sobie, że taka sytuacja rzeczywiście miała miejsce, kiedy Ally zabrała go w to miejsce po raz pierwszy.

W jego umyśle pojawiły się kadry niebieskookiej w towarzystwie Malika, co spowodowało chwilowe zamyślenie. Starał się rozważyć wszystkie aspekty ich relacji. To, co ich łączyło, to co wydarzyło się, kiedy chłopak wyjechał. To, jak zachowuje się wobec tej kruchej duszy teraz.

- Nie myśl o nim – odezwała się Ally, wyczytując z jego rysów najmniejszą emocję. Dłonią pogładziła policzek, na zakończenie zabawnie trapiąc paznokciem jego nos. – To mój problem.
- Nie mogę zrozumieć, dlaczego cię tak traktuje. I dlaczego mu na to pozwalasz.

Zamilkli na chwilę, wsłuchując się w ciszę, a ona próbowała znaleźć odpowiedź na to pytanie. W takiej atmosferze wydawało im się, że ich szepty przekraczają słuchową granicę bólu.

- Kiedy jestem z nim, odchodzi strach i smutek. I niezależnie od tego na jakim krańcu świata jest, przy nim czuję się jak w domu. On nim w zasadzie jest. I chyba też za szybko przywiązuję się do ludzi. Za dużo rzeczy na nich buduję.

- To nic złego, że przywiązujesz się do ludzi. Każdy z nas to robi. Człowiek jest zwierzęciem stadnym. Tylko w ewolucji gdzieś się pogubiliśmy i za często o tym zapominamy, dając sobie ciche przyzwolenie na zrywanie więzi, krzywdzenie czy odrzucanie.

- Może i masz rację…

Ponownie zapadła między nimi cisza, z której dźwięków dało się słyszeć kroki.

- Oho, zaczyna się – zaśmiała się Ally, kładąc się całkowicie. W tym samym momencie usłyszeli zniekształcone pomruki i głośne tupanie. Kapa namiotu zaszeleściła, a duże dłonie odbiły się na jednej ze ścian. Wydawać by się mogło, że ktoś próbuje dostać się do środka, poprzez rozdarcie całego materiału.

Spojrzała na przyjaciela i dając znak skinięciem głową, zaczęła piszczeć. Złapawszy oddech, dołączył do niej, a ich zabawny krzyk przedarł się przez mgłę spowijającą łąkę.

- Dobranoc, dzieciaki – odezwał się Richard i zapalając latarkę, skierował się w stronę swojego namiotu.

- Dobranoc, tato – odparła Ally jak gdyby nigdy nic i odwracając się plecami do Millsa, usiłowała zasnąć. Chłopak początkowo nie widział o co chodzi i potrzebował chwili, aby jego śnięty umysł mógł wszystko przetrawić. Dopiero po chwili zaśmiał się głośno i wsuwając nogi do śpiwora, ułożył się na legowisku.
*
It’s harder to reach ya, even though I try.

Poranek przywitał ich ciepłymi promieniami słońca i zapachem zbożowej kawy gotowanej na przenośnym gazie. Niemal cały dzień spędzili na spacerach po okolicznych dróżkach czy też na dosypianiu na rozłożonych pod ogromnym drzewem matach, kiedy to drobne listki przebijały rażące światło słońca, tym samym rzucając na zadowolone twarze drobne punkciki cieni. Korona dębu wyglądała wówczas niczym spokojne morze, kołysane muśnięciami delikatnego wiatru. Dopiero popołudniu obozowisko powoli znikało z oczu, a poszczególne jego elementy lądowały w bagażniku samochodu terenowego.

Wielkim szokiem był nadjeżdżający Range Rover, którego zarys zamajaczył na horyzoncie, kiedy Ally wraz z Danem byli gotowi do opuszczenia polany.

- Zayn? Jaka miła niespodzianka – zawołała uradowana Sophie na widok wysiadającego z pojazdu chłopaka.

- Najwyższy czas. Już myślałam, że się nie pofatygujesz – burknęła Trishia, cmokając syna w policzek.

- Na śmierć zapomniałem. Późno wróciłem do mieszkania i nim się zorientowałem, było już wpół do dziesiątej wieczorem. Droga zajęłaby zdecydowanie za długo i dotarłbym tutaj dopiero w środku nocy – wyjaśnił, pocierając kark ze zmieszaniem. Tylko błękitne tęczówki nadal patrzyły na niego z nutą zawodu.

- Ale pomogę wam się zabrać z powrotem. All, możesz z Danem jechać moim samochodem. Pomieścimy się wszyscy – zaproponował ochoczo, kluczykami wskazując zaparkowany z tyłu pojazd.

- Dzięki, ale pojedziemy autobusem – odparła łagodnie, zarzucając plecak na plecy. – Tu niedaleko jest przystanek. Nie musisz się fatygować.

- All…

- Naprawdę nie trzeba, Zayn. Dam sobie radę.

Po tych słowach pożegnała się ze wszystkimi zebranymi i znikła wraz z Danem za wzniesieniem, kierując się w stronę drogi głównej.

Na autobus musieli czekać pół godziny, jednak kiedy już się w nim znaleźli powitały ich pustki. Oprócz starszego kierowcy, dziewczynki z dwoma kucykami na czubku głowy i młodego chłopaka w ze słuchawkami na uszach, w autokarze nie było nikogo. Zajęli więc ostatnie, najszersze miejsca i odrzucając plecaki na siedzenia naprzeciwko, opadli ze zmęczenia.
Krajobraz za szybą szybko z bujnej zieleni zmienił się w pierwsze miejsce zabudowania, stare sklepy i wysokie bloki. Pogoda również nie pozostawała dłużna, co chwila racząc mieszkańców słońcem, na przemian z groźnymi, deszczowymi chmurami, przywracając tym samym Ally ciężkość umysłu. W jej wnętrzu pojawił się ponownie balast smutku, dokarmiony wydarzeniami z minionych godzin.

- Wiesz, cieszę się, że ze mną pojechałeś – uśmiechnęła się słabo w pewnym momencie, zaskakując tym Daniela.  Pokiwał w odpowiedzi głową, muskając palcem jej zaciśniętą z nerwów dłoń. Ułożył głowę na kolanach dziewczyny i wykładając długie nogi na resztę siedzeń, zapadł w półsen. Zaśmiała się szczerze na ten widok. Naprawdę czuła się wdzięczna losowi, że postawił na jej drodze Dana. Mogła śmiało powiedzieć, że ma kogoś przy sobie, kogoś, w kim miała tak potrzebne jej oparcie.

*
Who’s gonna be the last one to drive away?
Forgetting every single promise we ever made.


Kolejny dzień okazał się być niezwykle deszczowy. Mozolne chmury uczepiły się niebieskiego sklepienia, swoimi ciemnymi podstawami odbierając jakąkolwiek radość z wychodzenia z domu. Brudne krople rytmicznie obijały parapet robiąc sobie jedynie kilkuminutowe przerwy. Parujący kubek stał na biurku, a nietknięta herbata powoli podzielała głos dwóch poprzednich, ułożonych obok siebie tuż obok biurowej lampki.

Ally siedziała na łóżku, plecami opierając się o ścianę tak, by błękitnymi tęczówkami móc spoglądać w okno wychodzące na ogród. Granatowy koc otulał jej spragnione ciepła ciało, dając namiastkę miejsca, gdzie czuła się dobrze. Co chwila jednak zagryzała wargi, czy też traktowała swoje dłonie bolesnym wpiciem się paznokci, kiedy to przez jej głowę przechodziły kolejne myśli związane z Zaynem. Najchętniej zatrzasnęłaby szufladkę związaną ze wszystkim co dotyczyło bruneta. Za dużo ją to kosztowało i z każdą podobną sytuacją czuła, że coraz bardziej traci siły, których przecież tak potrzebowała do pokonania swoich lęków. Jednak opcja ta była niemożliwa. Problemy są po to, żeby je rozwiązywać, niezależnie od tego jak bardzo mają skomplikowaną naturę. Pozostawienie ich bez odzewu pogarsza jedynie sytuację, wplątując nas jeszcze bardziej w lepką pajęczynę kłamstw i niedomówień.

Tym razem jednak zamiast ukłucia zawodu czuła wyrzuty sumienia. Nieważne jak bardzo chłopak by ją krzywdził, nie potrafiła być na niego zła. Wiedziała, że to niewłaściwe, bo przecież przy takim układzie było ją łatwo wykorzystać. Jednak nie potrafiła inaczej. Nie względem niego. Dopiero teraz chyba po raz pierwszy zrobiła coś na przekór. Nie przyjechała. Nie odważyła się. I to było niejako jej krokiem do przodu. Co z tego, kiedy paradoksalnie czuła się jeszcze gorzej, niżeli miałaby znowu mu wybaczyć?

Dziś wylatywał na kolejne miesiące. Prosił, aby przyjechała go pożegnać. Nie chciał, aby ta ponowna rozłąka rozpoczynała się w taki sposób, ponieważ był świadomy, że jej potrzebuje. Tym czasem ona nie zebrała w sobie tyle siły, bo po niedawnej sytuacji spojrzeć mu prosto w oczy.

Kiedy Sophie zawitał do jej pokoju, pytając czy jedzie, odparła, że postara się znaleźć trochę wolnego czasu. Niestety nie udało się i dom opuszczali jedynie rodzice panny Bray. Ally wydała niemy wyrok na swoją mamę, na której spoczęło zadanie wytłumaczenia Zaynowi, że jego przyjaciółka się nie pojawi.

I kiedy już wszyscy zebrali się w wielkiej hali, czekoladowe tęczówki rozpaczliwie szukały średniego wzrostu blondynki, której uśmiech dodałby mu wsparcia. Spotkał jedynie parę błękitnych oczu, całkiem podobnych, jednak nie tych, których w rzeczywistości potrzebował, a które z nutą żalu dawały mu do zrozumienia, że jej nie ma.

Who’s gonna be the first to say goodbye?


Od autorki: Czeeeeść! Wiecie co? Mam ochotę sobie pogadać. Za każdym razem, kiedy powstaje tutaj ogromny wywód, mam po publikacji wyrzuty sumienia, że Was zamęczam, albo że macie mnie za chorą psychicznie. Cóż, z tym drugim po trochu się zgodzę, ale bynajmniej nie chodzi tutaj o bycie psychopatą :)) Ale oto jestem ja! Na tydzień przed maturą leżąca w łóżku pod stosem chusteczek, kiedy na mojej szafce nocnej jest więcej lekarstw niż książek, co, uwierzcie, rzadko się zdarza. A na uczczenie jutrzejszego zakończenia szkoły, oglądam setny raz High School Musical 3 (bo jak inaczej podsumować własny senior year?). Anyway, zakończenie szkoły... Zapytałabym Was, czy to czujecie, ale skoro ja mam z tym problem, to tę kwestię przemilczę. Nie wiem kiedy to wszystko zleciało. Jeśli samo liceum to jedno przerażająco szybkie mrugnięcie okiem, to na całą szkolną edukację brakuje skali. Przecież dopiero co dostała z dużego plastikowego ołówka podczas ślubowania w podstawówce, a już jutro wepchną mi w dłonie świadectwo ukończenia szkoły! A za tydzień będę już po trzech maturach (z czego jednej z matmy i szalenie bardzo się z tego powodu cieszę :D). Powiem Wam, że mnie to przeraża. Bardzo solidnie. Bo razem z tym wszystkim przychodzi koniec jeszcze jednej rzeczy. Trzeba będzie powiedzieć ostatnie "do widzenia", co niekoniecznie będzie łatwe. No ale właśnie, matury. To główny powód, dla którego mnie tak mało tutaj. Rozdziały pojawiają się nieregularnie, a ja nie mam nawet czasu o nich myśleć. Dopiero ostatnio otworzyłam worda. Po dwóch miesiącach przerwy... To chyba mówi samo za siebie. Ale spokojna wasza nieuczesana! Ostatnią walkę o marną egzystencję odbędę 17.05, a  później czekają mnie najdłuższe wakacje w życiu, kiedy to mam zamiar pisać, spać, spać, spać, oglądać seriale, pisać, czytać książki, spać i.... no tak, spać. A póki co, trzymajcie za mnie kciuki w przyszłym tygodniu, bo naprawdę będę tego potrzebowała. Gdybyście chcieli połączyć się ze mną w maturalnej niedoli, zapraszam! Odzywajcie się! Komentarze, twitter, wattpad! Gdyby ktoś chciał, mogę nawet maila podać! I z góry przepraszam za takie roztrząsanie tematu. Z natury jestem osobą podchodzącą do wszystkiego zbyt emocjonalnie. 
Trzymajcie się! xx



#WakeMeUpFF

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz