My chyba jeszcze nie skończyliśmy, a już jesteśmy duchami. Ale nic nie szkodzi. Dla tych naszych duchów z przeszłości. Dla tych wszystkich wspomnień, które są już mglistym cieniem czasu. Tylko one zostały.
*
Let's patch together the pieces of the hope that we have left.
*
Południowe słońce rozpalało swoim
żarem betonowe ściany, którymi otoczony był mały plac. Było to miejsce, uznane
przez członków zespołu za odpowiednie do chwilowego odpoczynku poprzedzającego
koncert. Z tej racji właśnie ten teren okupowany był przez deskorolki oraz
piłki do koszykówki, co chwila odbijające się od podłoża czy też ścian.
Jedni radzili sobie z upałem
poprzez aktywność fizyczną, inni pochłaniali hektolitry zimnej wody, a jeszcze
inni zalegali w cieniu, racząc się schłodzonymi do granic możliwości lodami,
które niestety przy takiej temperaturze nie były w stanie długo utrzymać swojej
formy. Do tej ostatniej grupy zaliczała się jedynie dwójka przyjaciół,
przycupniętych na krawężniku.
- Chciałabym być teraz nad morzem
– rozmarzyła się Ally, przymykając oczy.
- To by było genialne. Na pewno
lepsze niż suszenie się tutaj – odpowiedział Zayn, oblizując strużkę topiącego
się łakocia.
- Nie wychodziłabym z wody przez
cały dzień.
Chłopak zaśmiał się pod nosem,
ponieważ doskonale wiedział jaki konflikt pozostawał na linii Allea – morze.
- Przecież ty nie umiesz pływać,
Alls.
- Czepiasz się szczegółów –
burknęła pod nosem. – Nie idzie mi aż tak źle.
- Topisz się za każdym razem.
Nastała chwila ciszy, po jakże
prawdziwej uwadze chłopaka, która mimo wszystko swoim komizmem rozpracowywała
wszelkie zamki zgryzoty.
- Ostatnio byliśmy z Danem na
basenie i było całkiem dobrze. Nauczył mnie pływać żabką! Znaczy…. tak jakby
żabką….. no, może nie do końca żabką…. Stylem mieszanym? Jest coś takiego?
Tutaj żabka, tam piesek i nagle motylek wyskakuje. – Tłumaczyła zaistniałą
sytuację, marszcząc przy tym nos. Jej oczy wpatrywały się w nieodgadniony punkt
przed sobą, szukając w nim podpowiedzi, co do dalszej wypowiedzi.
Zayn obrócił rożek dookoła,
zlizując z czubka kolejną porcję lodów, w spokoju słuchając opowieści.
- Byłaś z Danem? – Nie podniósł
wzroku znad słodkości, nadal uporczywie się w nią wpatrujący. Dziewczyna
skinęła głową.
- I on cię uczy pływać, co? –
Teraz odwrócił się w jej stronę, napotykając spojrzenie rozbawionych tęczówek.
Aby nie ciągnąć dalej tego tematu, zaśmiała się melodyjnie, po czym szybko
przystawiła rożek Zayna do jego policzka. Nie spodziewał się tego, więc miała
ułatwione zadanie.
I tym sposobem na jego policzku
znalazła się zimna plama łakocia. Brwi Malika powędrowały ku górze, a jego
spojrzenie balansowało między nutą rozbawienia a ganienia.
Blondynka szybko wykorzystała ten
moment, przejeżdżając opuszką po skórze bruneta, tym samym zdejmując z niego
porcję lodów.
- Jakie kwaśne – skrzywiła się,
kiedy włożyła palec do ust. Już miała wracać do konsumpcji własnej słodkości,
kiedy niespodziewanie wylądowała ona na jej nosie. Zaskoczenie wymalowało się
na jej twarzy, lecz nim w pełni zdążyła przekrzywić głowę w stronę przyjaciela,
jego usta spoczęły na jej nosie.
- A twoje słodkie – stwierdził,
odrywając się od niej. Wzruszyła rozbawiona ramionami, ścierając nadgarstkiem
pozostałości z twarzy.
- No. Słodkie.
Autumn is
coming now, so come back to
me, and we'll keep each other warm.
*
Pull me in. Keep me close. And never let go.
Zastawiony warzywami blat mienił
się kolorowymi okazami papryki, pomidorów i szczypiorku. Stukanie nożem o deskę
kuchenną roznosiło się po małej kuchni, w której przebywał jedynie dwie
kobiety.
- Jak skroisz te ogórki, zawołaj.
Wrzucę je do miski – oznajmiła pani Watters, poklepujący Ally po ramieniu, po
czym przystawiła krzesło tuż obok szafki, zabierając się za obieranie
ziemniaków.
- Ale mów dalej, jak skończyła
się ta sytuacja z pożyczonym samochodem?
- Mieliśmy jeszcze sporo czasu w
drodze powrotnej, a ja koniecznie chciałam zapalić znicz na cmentarzu.
Podjechaliśmy na parking, a że nie chciałam, żeby Zayn niepotrzebnie ze mną
szedł, poprosiłam, żeby został. Byłam dosłownie przy bramie, kiedy lunął
deszcz. Usłyszałam trzask zamykanych drzwi. Biegł za mną z parasolem i chcąc
nie chcąc, poszedł ze mną. Kiedy wracaliśmy, okazało się, że zatrzasnął te
drzwi i prawdopodobnie klucz został w środku. Czekaliśmy chyba piętnaście minut
w tym deszczu, aż cokolwiek wymyślimy. Obchodziliśmy samochód dookoła,
szukaliśmy w mojej torebce, pod kołami, żeby ostatecznie okazało się, że klucze
cały czas były w jego kieszeni. Myślałam, że go wtedy rozszarpię!
Charlotte zaśmiała się w głos,
odstawiając obieranego ziemniaka na bok. Siedziała na krześle z przymocowanym
do oparcia miękkim materiałem. Lewą nogę miała podkurczoną, wygodnie się na
niej moszcząc. Prawa natomiast oparta była na małym taboreciku, na którym
spoczywało ogromne wiadro.
Jej szare kosmyki włosów opadły
na smukłą szyję za sprawą energicznego ruchu. Lubiła ją taką. Roześmianą,
utożsamiającą się z nią samą, nieważne jak wielka przepaść wiekowa by ich
dzieliła. Uwielbiała, że zawsze znalazła dla niej czas, chociażby czasem tylko
porozmawiać przez dwie minuty, kiedy dzieliły ich kontynenty.
Pani Watters nieubrudzonym od
obierków nadgarstkiem przejechała po nosie, pozbywając się tym samym męczącego
swędzenia, po czym ponownie łapiąc w smukłe dłonie nożyk, zabrała się za
obieranie kolejnego ziemniaka.
- Hmm, ale na cmentarz? Kogo
chciałaś odwiedzić, jeśli mogę wiedzieć?
- Taaak – zawahała się na monet,
a naciska na trzymany w dłoni nóż, zwiększył się. – No właśnie…. Pamiętasz,
kiedy powiedziałaś mi, że przypominam twoją wnuczkę? – Kobieta skinęła głową i
wydawać by się mogło, że uśmiech na jej twarzy delikatnie pobladł. – Bo ty też
mi kogoś przypominasz.
Jeśli tamto wcześniejsze
wydarzenie wydawało się być dość nieoczekiwaną reakcją, tak teraz wykrzywiona w
niepewności twarz kobiety i jej za zaciskające się usta, jakby szeptały „nie,
niemożliwe”. Brązowe oczy zamigotały strachem, ale i ciekawością.
- Kogo takiego? – zdołała wydusić
z siebie, spoglądając w stronę blondynki, nieporadnie krojącą ostatni pasek
papryki.
- Ciocię. Moją ciocię – odparła
na wydechu, odkładając nóż na blat. Już wtedy wiedziała, że zaczynanie tego tematu
nie było właściwym rozwiązaniem. Choć minęło tak dużo czasu, nadal nie
potrafiła się z tym pogodzić. Do tej pory nie opanowała drżenia w swoim głosie.
Nie pozbyła się łez. Nie uwierzyła w to, że odeszła.
- Musiałaś być z nią zżyta.
- Żebyś wiedziała jak bardzo.
Zajmowała się mną, kiedy mama pracowała. Nauczyła mnie chodzić. Dzięki niej
teraz śpię na brzuchu. Tak mnie zawsze usypiała. Gotowała najlepsze niedzielne
obiady, a smak jej ciast do tej pory jest dla mnie bajką. Miała takie ładne
pismo, schludne, okrągłe. Nosiła pierścionek z burgundowym oczkiem na palcu
serdecznym, a kiedy siedziałyśmy na tarasie, lubiłam na niego patrzyć. Odbijał
wtedy światło, które rozlewało się na jej skórze jak syrop malinowy. Zawsze z
nim podawała desery. Nie znosiła, kiedy mówiło się do niej „ciotka”, a ja
pewnego dnia się z nią tak droczyłam. Do dzisiaj mam wyrzuty sumienia. Kiedyś
zabrała mnie na festyn, gdzie były dmuchane zjeżdżalnie. Kupiła mi karnet, ale
bałam się iść. Powiedziała wtedy „odwagi” i poszłam. Miałam wtedy zdarte
kolana, a ta płachta zjeżdżalni, jeszcze nagrzana od słońca starła strupy. Bolało
jak fiks. Wtedy poklepała mnie po ramieniu i powiedziała, że odwaga kosztuje,
ale dużo daje, bo przecież bardzo dobrze się bawiłam. - Uśmiechnęła się blado, a pojedynczy komsyk opadł na jej rozgrzany z emocji policzek. - Pamięta, że kiedyś
oglądałyśmy wspólnie serial kryminalny. Ostatnia scena odcinka pokazywała
mężczyznę walczącego o życie. Nagle aparatury wokół niego zaczęły wydawać
jednostajny dźwięk. Ciocia zapytał wtedy, czy on umarł. Wujek odpowiedział, że
tak. I chyba to było przedsmakiem tego, co wydarzyło się kilka lat później.
Zamilkła na chwilę, palcami
mocniej wczepiając się w blat kuchenny. Słowa bowiem, przychodziły jej z coraz
większym trudem.
- Co masz na myśli? – zapytała
ostrożnie Charlotte, prostując się na krześle.
- Zaczęło się od ręki, która
przestała prawidłowo służyć. Później zalewało to cały organizm. Przestała
prawidłowo funkcjonować i była podpięta do specjalnej aparatury. Lekarze
szeptali coś o stwardnieniu rozsianym i braku realnej pomocy. Śmierć zabrała ją
przedwcześnie, wtedy, kiedy najbardziej mogła skorzystać z życia. Zostawiła
tutaj wszystko. Zeszyty zapełnione przepisami, dzieci, biżuterię, swoje
ulubione, pasiaste spodnie, obraz, który dostałam na urodziny. No i pustkę. –
Tu odchrząknęła cicho, połykając łzy. – Pustkę, z którą mimo upływu czasu nie
potrafię sobie poradzić.
Zaległa głucha cisza,
postrzępiona bolesnymi wspomnieniami. Ciążyła tak dobrą chwilę, swoim ciemnym
kirem wygłuszając pociąganie nosem starszej kobiety. To był jeden z tych
momentów, kiedy Ally wczuwała ziejącą z jej wnętrza przestrzeń, która wysysała
z niej jakikolwiek powód dalszego funkcjonowania. Bezradność, smutek i złość,
to najgorsza możliwa mieszanka.
- All? – odezwał się
protekcjonalnie Zayn, stojący progu. Nie zauważyły kiedy pojawił się w
pomieszczeniu, przysłuchując się dobrze znanym wspomnieniom. Teraz wyciągał
jedną dłoń w stronę ciałka dziewczyny wstrząsanego szlochem. Wiedział, że go
teraz potrzebuje.
Podniosła na niego zapłakane
spojrzenie, nadgarstkiem ścierając mokre strugi z polików. Zacisnęła jedynie
usta w wąską linijkę, bąknęła „przepraszam” i wymijając bruneta, znalazła się
na niewielkim korytarzu. Nie zdążyła jednak wyjść nawet zza rogu kuchni, kiedy
długiej palce zacieśniły się na jej nadgarstku. Jak kukiełka, odwróciła się w
stronę stojącego za nią chłopaka, wpadający tym samym w jego ramiona. I wtedy
już zniknęła granica pohamowania i wstydu. Nie było duszącej guli w gardle. Nie
było załamującego się głosu. Wtopiła się bowiem w koszulkę Malika, jej fakturę
mocząc kolejnym łzami. Mamrotała coś w jego skórę, głośno płakała, zagryzała
wargi. A on trzymał ją przy sobie, kciukiem malując fantazyjne wzory na jej
plecach. Szeptał ciche słowa otuchy, mówił, że przeszłość pozostanie
niezmieniona, wiec nie ma sensu by do niej wracać. Ostatecznie stwierdził, że ona by tego nie chciała, co z kolei
spowodowało u niej płaczącą czkawkę.
Allea była z tych osób, które
żyły przeszłością. Nieświadomie rozdrapywała rany, wracając do minionych chwil.
I ten sentymentalizm był w jakiś stopniu uroczy. Pamiętała bowiem detale, o
których ludziom by się nawet nie śniło. Najmniejsza rzecz przywoływała jej to,
co się już wydarzyło. Jednak na dłuższą metę było to męczące, a wręcz
masochistyczne. Nigdy jednak nie potrafiła odgonić od siebie natrętnych myśli.
Bo wspomnienia są kapitalną sprawą. Czymś, co podtrzymuje nas na duchu,
przywołuje uśmiech na twarzy, daje poczucie radości, że przecież kiedyś
wydarzyło się coś miłego. Sytuują nas one w jakiejś przestrzeni. Z jakimiś ludźmi. A wtedy jesteśmy uwikłani w historię. Ale nasze myśli potrafią na ślepo uderzać w te
pokryte mgłą kadry, w pragnieniu ich odzyskania. Nic to jednak nie daje, a siła
owego uderzenia uchodzi z nas w postaci smutku lub łez.
Przez tyle lat, Zayn nauczył się
rozpoznawać jej stany, przewidywać reakcje, a najważniejsze, wiedział jak ją
uspokajać. Nie puścił jej kiedy się wyrywała. Nie puścił jej kiedy łkała.
Dopóki jej mięśnie nie zwiotczały osłabione żalem, a usta nie przestały wydawać
z siebie smutnych melodii.
- Odwagi, Alls. Odwagi.
We'll
be ghosts when we're done and I'll never let go.
*
Od autorki: Ale ten czas biegnie. Ranyści! Dostałam wyniki matur, dostałam się na studia i ogólnie znowu dużo rzeczy się wydarzyło. Rozdział z takim poślizgiem, bo najzwyczajniej brak mi czasu. Po pracy jedyne o czym myślę, to położenie się spać, a następnego dnia z samego rana muszę znowu być na nogach. Błędne koło. Jeśli już znajdę wolną chwilę, brakuje mi znowu weny. Ta franca chodzi własnymi ścieżkami, gorzej jak mój kot! A przez to, mój zapas rozdziałów powoli topnieje. Dajcie mi porządnego kopa, żebym się tak nie ociągała z pisaniem, bo mnie samą już to denerwuje.
Cóż, powyżej nic wielkiego się nie wydarzyło. Nie było wielkiego plot twista, świat się nie zawalił. Ale zamiast tego, wiecie coś więcej o psychice Ally i co ją tak naprawdę kształtuje. Uwierzcie, te wydarzenia z jej życia naprawdę mają na nią ogromny wpływ. Mogliście się trochę zdołować przy czytaniu. Jeśli Was to pocieszy, na mnie też wcale krzepiąco nie działał.
Uciekam, bo może uda mi się jeszcze coś skrobnąć do nowego rozdziału.
Dziękuję, że zaglądacie, gwiazdkujecie i komentujecie. Dziękuję, że pamiętacie!
Trzymajcie się! xx

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz