piątek, 5 sierpnia 2016

• 16. Promise like a comet you won’t fly by me.

Dedykuję Piotrkowi, ze względu na sentyment i częsty uśmiech na twarzy. I ze względu na to, że ja też nie chciałam, żeby uciekał, bo później szuka się człowieka wszędzie, chociaż doskonale się wie, że niemożliwością jest znalezienie go. Ale to już nieważne. 

I want to hold on to you just like these memories I can’t undo.

*
Przez zielonkawe zasłony przedzierały się poranne promienie witające Michigan nowym dniem. Były one łagodniejsze od tych z zachodniego wybrzeża, które zostawili za sobą trzy dni wcześniej, ruszając tym samym w dalszą trasę. Dla wszystkich było to pewnym wytchnieniem, z racji zmęczenia wysoką temperaturą.
Zayn przerzucił się z pleców na prawy bok, unikając tym samym jasnego snopa padającego wprost na jego przymknięte powieki. Wtulił twarz w chłodną poduszkę, która powinna przecież być nagrzana. Powoli podświadomość dopuszczała do niego fakt, że coś się nie zgadza. Nie czuł nacisku na swojej ręce, zawsze ułożonej pod jej talią. Nie czuł łagodnego oddechu na swojej skórze, ani też ciepła po drugiej stronie prześcieradła.
Otworzył oczy, jednak po chwili je przymknął, nie będąc gotowym na spotkanie z jasnym pokojem.
- Cholera – mruknął po nosem, sadowiąc się na materacu. Przetarłszy dłonią powieki, udało mu się przystosować do blasku bijącego z okna. Poranna pobudka nie trwała jednak długo. Zerwał się na równego nogi, widząc, że miejsce obok niego jest puste.
- Alls? – wychrypiał wystarczająco głośno, że gdyby dziewczyna była obecna w pomieszczeniu, z pewnością by to usłyszała. Odpowiedziała mu jednak cisza przerywana tykaniem wielkiego zegara na ścianie.
Od feralnej rozmowy z Charlotte samopoczucie Ally nie zdołało na dobre powrócić. Jej słaba psychika potrzebowała trochę czasu za zregenerowanie się, po jakimkolwiek dramatycznym doświadczeniu. Nie goiła się szybko, przez co humor dziewczyny często lądował poniżej przyzwoitego progu radości. Zayn dokładał wszelkich starań, by zrobić cokolwiek co przywróciłoby jej dawną radość. I chociaż Allea uśmiechała się i z zadowoleniem mu ulegała, wiedział, że to nie jest to samo.
Któregoś wieczoru wszedł do jej pokoju, a zauważywszy ją na balkonie okrytą zaledwie lichym kocem, z podpuchniętymi od płaczu oczami i nie do końca zaschniętymi na policzkach łzami, ostateczna granica została przekroczona. Od tamtej pory nie rezerwował jej osobnej sypialni pozwalając, by spała u niego, tak jak kiedyś.
Na samym początku pierwszej trasy jej odwiedziny zawsze były zapowiedziane. Z biegiem czasu jednak, zaczęli od tego odchodzić. Coraz częściej miały miejsce nagłe telefony, za którymi szły spontaniczne odwiedziny. Wtedy Ally lokowana była w pokoju Zayna. Kiedy jednak przyszedł czas na czwartą trasę, coś się stało. Przy załatwianiu pokoi chłopak nie wspomniał o jednym zbędnym, tym samym łamiąc ich zwyczaj. Od pewnego czasu, wszystko jednak wróciło do normy.
Dlatego też dzisiejsze poranne zbieranie się przypominało chaotyczne motanie się muchy w pajęczej sieci. Zayn nie miał dobrych przeczuć, łapiąc kolejno części swojej garderoby. W kilka chwil był gotowy. Zgarnął do ręki kartę magnetyczną, zamknął drzwi i ruszył przez wąski korytarz.
Zapukał do pokoju ulokowanego mniej więcej w połowie drogi do wind. Otworzył mu Liam, który w dłoni trzymał czarnego pilota. Prawdopodobnie wrócił ledwo co z treningu, ponieważ miał na sobie sportowe ciuchy.
- Cześć, Payno. Widziałeś może Ally?
Szatyn wzruszył jedynie ramionami, przybierając zdumiony wyraz twarzy.
- Nie. A coś się stało?
- Obudziłem się i jej nie było. Nie mam pojęcia gdzie mogła pójść – wyjaśnił nerwowo, a jego palce parokrotnie wybębniły rytm na framudze drzwi.
- Może zeszła na śniadanie?
- Zaraz sprawdzę, chociaż to do niej niepodobne. Obudziłaby mnie.
- Tylko się nie nakręcaj, co? – ostrzegł przyjaźnie Liam, stając na korytarzu. – Może zagadała się z Lou, albo się gdzieś zaczytała.
- Idę szukać dalej. Dzięki wielkie. – Machnął dłonią brunet, kierując się w stronę otwierającej się windy.
- Dawaj znać, jakby coś. Ogarnę się i do ciebie dołączę – krzyknął jeszcze Payne, co Malik przyjął skinieniem głowy. Zaraz metalowe drzwi zasunęły się, a puszka zsunęła się na sam dół.
Drzwi otworzyły się z charakterystycznym brzdękiem, a jego oczom ukazała się Lou, trzymająca za rękę Lux.
Oznaczało to, że kolejne przypuszczenie zostało rozwiane.
- Hej, widziałyście może dzisiaj Ally?
- Nie – odpowiedziała stylistka, mierząc chłopaka spojrzeniem. Nie zdążyła jednak nic innego dodać, gdyż ten, pogłaskawszy główkę dziewczynki, ruszył w stronę jadalni.
W tłumie ludzi z ekipy usilnie próbował znaleźć blond czuprynę, jednak na marne. Charlotte gawędziła wesoło z Sarah, więc zrezygnował z podejścia do niej. Nie wyglądała na zmartwioną, więc lepiej, żeby tak pozostało. Namierzył jednak siedzącego przy stoliku Harry’ego, który sprzeczał się o coś z Niallerem.
- Jeżeli nie działa, to czekam chwilę. Odłączam i na nowo wsadzam wtyczkę do prądu. Opiekaczowi to nie zaszkodzi.
- Tosterowi! – warknął Horan, zakładając dłonie na piersi.
- Nie odpuścisz, prawda? To jest opiekacz!
- Toster, tłumoku! – wycedził blondyn, na co zielonooki wyrzucił dłonie w geście kapitulacji.
- Zayn, jak dobrze, że jesteś. Wytłumacz mu, proszę cię, różnicę między tosterem, a opiekaczem – odezwał się Styles, kiedy tylko Malik dosiadł się do stolika.
- Cześć chłopaki – przywitał się, zupełnie wyrwany z rozmowy. – Wiecie może, gdzie jest Ally?
Przyjaciele spojrzeli po sobie zszokowani, po czym pokręcili głowami.
- Tylko nie mów, że ją znowu zgubiłeś – cmoknął  Harry.
Te słowa choć niespodziewanie, solidnie uderzyły bruneta. Wtedy zaczął zastanawiać się, czy tak naprawdę nie zgubił jej już dawno. Gdzieś na początku kariery, między tłumem ludzi, który przewinął się między jego oczami.
Pokiwał szybko głową, odganiając od siebie tę myśl.
- Nie ma jej od rana – stwierdził jedynie, po czym szybko zacisnął usta w wąską linijkę.
- Gubisz ją częściej jak Niall piórka do gitary – rzucił Styles
- Tylko, że ja znajduję je najczęściej w pokrowcu albo w twoich książkach, bo postanowiłeś sobie z nich zakładki zrobić – odgryzł się Irlandczyk, jednak po chwili oboje skwitowali to ze śmiechem. Prócz Zayna.
- Nie spinaj się tak, stary – klepnął go w ramię niebieskooki. – Ona by cię przecież nie zostawiła.
- Musisz jej lepiej pilnować – skwitował Harry, kładąc na tacy talerze po śniadaniu
- Czyli nie macie pojęcia, gdzie jest? – upewnił się, by jak najszybciej skończyć tę rozmowę.
Podwójne zaprzeczenie ruchem głowy wystarczyło. Chłopak odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę wyjścia. W drzwiach minął jeszcze Liama, któremu rzucił tylko „dalej nic”, znikając w czeluściach holu.
Nie mógł jednak zauważyć spojrzenia wymienionego przez Payne’a i pozostałą dwójkę przy stoliku, która zaraz wróciła do gorącej debaty na temat różnic między opiekaczem, a tosterem.
Zayn zaczynał się bać. I nie chodziło tutaj o zniknięcie bez słowa, tylko raczej o jej stan. Najzwyczajniej się martwił. A jeśli w grę wchodziła Ally, jego protekcja przekraczała jednak pewne granice. Jej komórka nie odpowiadała. Dopiero po chwili przypomniał sobie, że mignęła mu ona przed oczami, pozostawiona na szafce nocnej.
Powłóczywszy nogami na właściwe piętro odchodził od zmysłów, gdzie znowu zawiało Alleę. Miewała takie okresy, kiedy wolała być sama, błąkając się po ulicach, czy też przesiadując w kątach domu. Ubierała wtedy swój pancerz z ołowiu, zamykający ją wewnątrz na wszelkie bodźce zewnętrzne i brnęła ulicami, ścieżkami, wytyczała własne szlaki.
I właśnie tego się u niej obawiał. Nadmiernej apatii i skłonności do samo zagubienia. Nie takiego fizycznego. Bardziej tego w wymiarze emocjonalnym. Bał się kiepskiej powtórki z rozrywki. W pamięci miał bowiem moment, kiedy jeszcze w Bradford, Alleę dopadł niebezpieczny dołek. Był on o tyle groźny, że przez niego, odtrącała wszystkich dookoła. Wreszcie zerwała się z krzesła i wybiegając z domu, zniknęła po drugiej stronie ulicy. Zadzwoniła po kilku godzinach szlochając, by Zayn po nią przyszedł, bo jest w parku i nie wie jak ma wrócić, co było absurdalne, ponieważ właśnie w tym parku, spędzali najwięcej czasu w swoim dzieciństwie.
Minęło pół godziny, odkąd chłopak zakończył poszukiwania, postanawiając czekać. Siedział więc w swoim pokoju, jedynie raz fundując sobie przechadzkę do hotelowego lobby. Wreszcie kontrolka w drzwiach zmieniła się na zieloną, za sprawą wsunięcia karty w czytnik znajdujący się po drugiej stronie, a w drzwiach stanęła Ally, opatulona grubym kardiganem.
Raptowanie wstał zachłysnąwszy się powietrzem, które ze sobą przyniosła. Stanęli jak wryci, on przeszywając jej sylwetkę nieodgadnionym spojrzeniem, ona z niezawinioną mimiką twarzy, skubała rękaw okrycia.
- Dzień dobry – przywitała się cicho.
- Ally – wycedził przez zęby, podchodząc do niej. Przyległa do jego klatki piersiowej, bo właśnie tego potrzebował przez ten okres czasu, kiedy nie było jej obok. Zapewnienia, że wszystko jest dobrze.
- Gdzieś ty była? – Tutaj urokliwość tej chwili miała prysnąć, a na jej miejscu meldowała się konsekwencja. – Chodzę jak pojebany w te i wewte, bo kiedy się obudziłem, ciebie nie było. Telefonu nie zabrałaś, z nikim nie rozmawiałaś! I nie wiedziałem co myśleć. Czy coś się stało?! Czy jesteś cała?! Gdzie w ogóle jesteś!?Myślałem nawet, że wyjechałaś! – zagrzmiał, jednak nie mógł spojrzeć jej w oczy. Gdyby to zrobił, cała jego reprymenda posypałaby się niczym domek z kart.
- Przecież bym nie wyjechała - mruknęła, zaciskając palce na dole jego koszulki. 
- Przeszło mi to przez myśl. 
- Zayn...
- Nie Alls! - rzucił twardo, że aż poczuła ściśnięcie w żołądku. Po chwili jednak do jej uszu doszedł głośny świst powietrza, wypuszczanego z jego ust. Prawa dłoń powędrowała ku oczom, energicznie przecierając zmartwione powieki. Dopiero po tym, jego głos stał się opanowany. Rozkaz w nim brzmiący otulony był żałością, której tak bardzo chciał się pozbyć.
- Nie rób tak nigdy więcej.
- Poszłam na spacer. Trochę mi zeszło. Zasiedziałam się w parku – wyjaśniła najprościej jak się dało. Pokiwał karcąco głową, chwytając do ręki telefon.
- Muszę zadzwonić do Liama, że jesteś cała.
Nim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, w drzwiach stanął Harry z Niallem, których miny były zacięte, w niczym nie przypominając tych sprzed ponad godziny.
- Masz ją? – zapytał szybko Styles, przekraczając próg.
- Bo jakby coś, obgadaliśmy to wszystko i moglibyśmy poszukać w… - Horan urwał, wpadając na plecy zielonookiego. Prychając coś pod nosem, ominął go i dopiero wtedy zauważył stojącą na środku pomieszczenia Alleę, z lekko zaintrygowanym wyrazem twarzy.
- O, czyli jednak ją masz – odpowiedział Harry na swoje wcześniejsze pytanie. Blondynka nie mogła jednak dłużej wytrzymać tej komicznej sytuacji. Ze wszystkich sił się starała, jednak z jej gardła czy tak i tak popłynął melodyjny śmiech.
Szybko cmoknęła Zayna w policzek i łapiąc pozostałą dwójkę za dłonie, ruszyła w stronę drzwi.
- Chodźmy coś zjeść, bo umieram z głodu.

I want to hold on to you without you here that’s kinda hard to do.
*
I try wishing on one, maybe I’ll try to.
Przyciemnione lampy rozlewały po niewielkiej knajpie złocistą łunę światła. W powietrzu natomiast rozprzestrzeniał się zapach frytek połączony ze słodyczą owocowych koktajli. Gwar tego miejsca tłumiony był przez ustronne boksy zastawione stołami z nieco sfatygowanymi już blatami, na których widoczne były ślady zarysowań oraz z obitymi ciemną tapicerką siedziskami, które mimo obszarpanych krawędzi, zachęcały do zanurzenia się w ich objęciach. Wielkie okna ustawione tuż przy stanowiskach wychodziły na wąską uliczkę, ukrytą między wysokimi kamienicami.
- To nawet nie smakuje jak truskawka – burknął Zayn, upijając przez słomkę trochę napoju. Ally spojrzała na niego, mrużąc przy tym oczy.
- Już tak nie gwiazdorz, Panie Sławny – odparła, unosząc ku górze prawą brew. – W takich podrzędnych knajpkach się już nie stołuje, co?
- Trochę przesłodzone. Sama spróbuj. – Podsunął jej pod nos wysoką szklankę, na co przewróciła oczami. Kiedy byli mali, zawsze zamawiając desery, wybierali różne składniki, żeby później móc porównać smaki. Chyba, że w grę wchodziła brzoskwinia. Wtedy niezależnie co się działo, lądowała ona na talerzu obojga.
- Racja – mlasnęła teatralnie.  – Trochę mdłe. A już myślałam, że twoja diwa postanowiła wyjść na zewnątrz.
Brązowe oczy błysnęły zawadiacko, a z gardła chłopaka popłynął głośny śmiech.
- Że niby się zeszmaciłem, co?
- Tego nie chciałam mówić – odparła wesoło, a aby podkreślić swoje słowa, podniosła palec ku górze.
Lubił takie wieczory, kiedy rozpościerała się przed nim wizja wolnego następnego dnia. Mimo że miniony dzień nie należał do tych mało produktywnych, zawsze miło było znaleźć siły na rozluźnienie i spędzenia czasu tak jak kiedyś. Szczególnie, że pobyt Ally chylił się ku końcowi, o czym ze wszystkich sił próbował nie myśleć.
- Co myślisz o zrobieniu zapasów masła orzechowego tutaj? - zasugerowała. - Chyba już nie będzie mi się chciało nigdy ruszać, a niedługo wylatuję.
Coś przewróciło się w jego żołądku, na samą wzmiankę o jej powrocie. I jeszcze bardziej zacieśniało się, ponieważ poruszyła tę kwestię sama.
- Jeżeli chcesz zamienić obiad twojej mamy na to cholerstwo, to cię podziwiam.
- Jaki obiad? Rodziców nie będzie jeszcze przez pięć dni po moim przylocie.
Zmarszczył brwi, odsuwając od siebie opróżnioną szklankę.
- Gdzie ich wywiało?
- Pojechali na tydzień do Brighton – oznajmiła, bawiąc się czerwoną rurką. – W sumie, to się cieszę. Przynajmniej trochę odpoczną.
- Jasne. Ale czekaj… w takim razie kto cię odbierze z lotniska? – zapytał, a jego dłoń nieświadomie powędrowała do jej nadgarstka. Ciepłe palce otuliły różaną skórę, pozwalając by drobne iskierki przeniknęły pod nią.
- Dan – wzruszyła ramionami w odpowiedzi. Poczuła, że uścisk na jej ręce wzmocnił się, przez co podniosła niebieskie spojrzenie na przyjaciela. Nie patrzył na nią. Spoglądał w przestrzeń ponad jej barkiem, a jego usta zaciskały się w wąską linijkę. Doskonale znała tę minę i choć była ona nieuzasadniona, dziewczyna nie mogła wyjść ze zdumienia nad reakcją Zayna.
- Ach, no tak, Dan… - warknął, wolną ręką przejeżdżając po swoim podbródku.
- Zayn… - Nakryła jego dłoń swoją, dużo chłodniejszą, a smukłe palce, splotły się z jego. Kciukiem nakreślała niewielkie kółka. Nie wiedziała, że taki mały gest, rozbija się o ściany jego organizmu niczym spienione fale o poszarpane klify.
- Czy wy… - zawahał się. Wypowiedzenie tych słów przychodziło mu z jeszcze większym trudem, niżeli by się spodziewał. W myślach wielokrotnie rozważał jak o to zapytać, jednak kiedy stanął z sytuacją twarzą w twarz, wydawała się mu ona wyjątkowo niedorzeczna. – Ugh… Jesteście razem, prawda?
Dopiero wtedy przeniósł na nią swoje zmieszane spojrzenie. Zobaczył ciepły błękit i subtelny uśmiech, tak bardzo nieadekwatny do jego obecnego samopoczucia. Paradoksalnie zadając to pytanie, nie chciał usłyszeć na nie odpowiedzi, dlatego z każdą chwilą, kiedy malinowe usta drgały, nieświadomie wstrzymywał oddech.
- No tak. Jesteśmy razem - przytaknęła radośnie. - Jako towarzysze studenckiej niedoli. Jako dobrzy znajomi. Jako kompani w odkrywaniu najlepszych deserów biszkoptowych w Londynie. Chyba, że sugerujesz, że emanuje ode mnie testosteron, a na twarzy zaczyna mi się pojawiać krzakowaty zarost.
Zamrugał parokrotnie, wpatrując się w Alleę szeroko otwartymi oczami.
- Słucham? – Odetchnęła głęboko, oblizując koniuszkiem języka wargę.
- Dan preferuje mężczyzn, Zayn.
I nagle, jakby całe powietrze uleciało z lokalu za sprawą malutkiego lufciku otwartego paroma słowami. Siedział jeszcze przez chwilę nieruchomo, z dreszczem przeskakującym z prawej na lewą łopatkę, wsłuchując się w szum własnej krwi.
- Och… to chyba zmienia postać rzeczy.
Pokiwała jedynie z pobłażaniem głową, z rozbawieniem obserwując jak twarz bruneta zmienia swój wyraz. Już miała się podnosić, kiedy uniósł nieznacznie ich splecione dłonie ku górze i przywarł do jej palców ustami. Szybko jednak zgarnął leżącą na siedzisku czapkę i ciągnąc Ally za rękę, opuścił budynek.
I want to hold.
*
I want to hold on to you.
Niewielka kosmetyczka wylądowała na kupce z ubraniami, gotowymi do włożenia do walizki. Podparła swoje boki, przeciągając wzrokiem po pokoju, w poszukiwaniu ewentualnie pozostawionych rzeczy. Za wyjątkiem leżącej pod łóżkiem ładowarki i jednego zeszytu leżącego na etażerce, sypialnia była w pełni gotowa na pożegnanie.
- Nie patrz tak na mnie – wymamrotała cicho, klękając przy torbie i wkładając do niej pierwsze ciuchy. Ścisk pojawił się w gardle, a bijące serce tylko napędzało ruchy, powodując, że stawały się one coraz bardziej chaotyczne.
Stał na środku pomieszczenia, nieprzeniknionym bursztynem oczu śledząc każdy jej ruch. Gdyby tylko spojrzenie miało moc wykonawczą, dłonie blondynki dawno spoczęły by w mozolnych okowach, możliwie jak najdalej od walizki, a jej myśli zostałyby splątane w gęstym zwoju pajęczyny, jak najbliżej niego. Jak najdalej od myśli zostawienia go.
- Nie jedź. – Jego głos był zachrypnięty, a mimo to jego stanowczość przytłaczała jej i tak już obolałe płuca.
Pokiwała jedynie głową, a pukle założonych za ucho włosów wyplątały się z objęć, opadając prosto na twarz. Gwałtownym ruchem je odgarnęła, a głośne westchnienie wypuściło jej usta. Usiadła na podkurczonych nogach, jednak poniósłszy wzrok, oddech uwiązł jej w gardle.
Zaciskał zęby, przez co linia jego szczęki się uwydatniła. Pokryte siatką wyróżniających się na tle skóry błękitnych żył ręce, luźno zwisały wzdłuż tułowia. Jedynie chude palce drżały co chwila, jeszcze przed momentem trzymając tlącego się papierosa.
- Proszę cię, przestań – odparła. – Wiesz, że muszę.
Posłał jej jeszcze pełne żalu spojrzenie, po czym zaciskając dłoń w pięść, odwrócił się. Energicznie zgarnął paczkę papierosów ze stolika nocnego, by zaraz zniknąć za drzwiami balkonowymi. Ruszyła w ślad za nim, w międzyczasie przeklinając pod nosem skurcz w prawej nodze.
Nie lubiła gdy palił. Szczególnie w takich ilościach. Od pewnego czasu usiłowała znaleźć jakiekolwiek usprawiedliwienie na obecność papierosów w jego dłoni. O tyle udawało jej się to robić w przypadku sporadycznego kurzenia, o ile dla ilości pochłanianych w ostatnim czasie trudno jej było znaleźć chociażby jedno słowo. Dlatego też grymas przeszył jej policzki, kiedy zobaczyła jak dym papierosowy rozmywa się w popołudniowym powietrzu.
Objęła bruneta ramionami w pasie, głowę przykładając do okrytych czarną koszulką pleców. I pod wpływem tego dotyku każdy mięsień jego ciała stopniowo się rozluźniał, zrzucając zbędny bagaż z jego ramion.
Pachniał mentolowymi papierosami i mandarynkami. Pewnie tymi samymi, których dwa kilo zdążyli pochłonąć w ciągu dnia.
- Nie przekonam cię, prawda? – zapytał, choć nie musiał. Zaciągnął się dymem, palcem strzepując nagromadzony na końcu szluga popiół. Pokiwała przecząco głową, zatapiając nos w połach koszulki.
- Ale możesz mi pomóc się spakować.
Prychnął w odpowiedzi, ponownie przykładając filtr do ust.
- Tylko najpierw wyrzucisz tę fajkę – oznajmiła, odrywając się od jego ciepłego ciała. Zabrawszy mu nikotynowy rulonik, zgasiła go w popielniczce, a on nie wiedząc co ma zrobić, oparł dłonie na barierce.
Pożegnania zawsze były dla nich najgorsze. Stopniowo przybierały słodko-gorzkie smaki, których mieszanie się, rzadko kiedy uderza w gusta. Ostatnie wspólne chwile próbowali spędzić na okazaniu sobie potrzebnej czułości, jednak wizja rozstania wisiała nad nimi złowróżbnie. Przypominała burzowe niebo, szeroko zaciągnięte nad świeżo namalowanymi obrazami, wystawionymi na zewnątrz. Nie pozwalały prawidłowo zbierać myśli. Nie pozwalały właściwie dobierać gestów. I choć świadomość ponownego spotkania zawsze była pocieszeniem, tak ciężko jest przyzwyczaić się do takiej rozłąki, kiedy niewidzialny supeł związuje emocje i ciało.
- Nie chcę, żebyś wjeżdżała – wymamrotał, a ona ponownie przylgnęła do jego pleców. Na jeszcze jedną chwilę mogła to zrobić. Mogła sprawić pozór, że należy teraz, tutaj, do tego miejsca razem z nim, a nie do czterech ścian tysiące kilometrów stąd, tam, gdzie ledwo tliły się wspomnienia i to, na czym najbardziej im zależało. 

I need you here to be a light, star in the sky brighten up my night.



a/n: Witaaaaajcie!  Przesyłam Wam pozdrowienia z zakręconego Władysławowa razem z krzykiem mew i szumem fal. Jak mnie ten nasz Bałtyk inspiruje, nie macie pojęcia! Ale tak! Doczekałam się wakacji! Doczekałam się urlopu! I teraz nie mam zamiaru robić nic innego, jak tylko leżeć odłogiem na plaży i intensywnie pracować nad opalenizną. 
Ogólnie, to mamy sierpień! I ponownie włącza mi się alarm, jak szybko czas ucieka. 
Just how fast the night changes, aż chciałoby się zaśpiewać. A tych zmian w najbliższych tygodniach trochę będzie. 
Krótko jeszcze powiem, że pisze pracuję nad czymś nowym. Czymś świeżym i chyba wyjątkowo dojrzałym jak na mnie. Robię krok do przodu, więc możecie być ze mnie dumni. Ale podzielę się tym z Wami dopiero, jak będę gotowa. 
Całuję słono, bo w końcu bryza i morze!
Trzymajcie się! xx


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz