niedziela, 31 stycznia 2016

• 9. You are still my song.


Silnik samochodu zawarczał spokojnie, po czym zamilkł, zatrzymując auto na parkingu. Ally zamrugała nerwowo, mocniej zaciskając palce na czarnej teczce trzymanej na kolanach. Serce ze zdwojoną siłą zabiło w jej piersi, gdy zauważyła grupkę ludzi wychodzących z dużego ceglanego budynku.

- No dalej, Ally. Idziemy – zachęcił ją Dan. Zwinnym ruchem wyciągnął kluczyki ze stacyjki i jedną nogą był już poza pojazdem, gdy dostrzegł, że blondynka nie wykonała ani jednego ruchu. Zaśmiał się pod nosem, wracając do środka, a fala powietrza jaką wywołał ten ruch roztoczyła dookoła cytrynowy zapach odświeżacza wiszącego przy lusterku.

Zapadła między nimi cisza przerywana jedynie ćwierkaniem ptaków ukrytych w koronach drzew oraz rzadkim świstem opon przejeżdżających samochodów. Chłopak oparł głowę o zagłówek i głośno wypuszczając powietrze spomiędzy ust, spojrzał na skamieniałą Alleę.

- Wiem, że się boisz, ale czekałaś na to tyle czasu. Nie możesz pozwolić, żeby taka okazja umknęła ci sprzed nosa – począł spokojnie tłumaczyć. Gęste rzęsy zatrzepotały parokrotnie, odganiając gęstą mgłę, jaka spowiła szafirowe tęczówki. Dziewczyna odwróciła twarz w jego stronę, przez co mógł zobaczyć, że zagryza policzki. Jej rysy wyrażały niepewność, która podkreślana była przez drżące palce. Nie odezwała się.

- Może i wolałabyś, żeby to on tutaj z tobą był, ale niestety tak wyszło. A teraz chodź, bo w takim tempie w życiu się tam nie wybierzemy – zaśmiał się, gładząc jej dłoń.

- Tu nie chodzi o Zayna. Tylko… sama nie wiem czego się boję. Przecież to zwykłe podanie – wymamrotała jakby sama do siebie, spoglądając na teczkę.

W rzeczywistości poniekąd w grę wchodziła osoba Malika. To z nim od lat snuła plany na przyszłość. Na rozłożystej gałęzi drzewa rosnącego pod jej oknem wyobrażali sobie życie za kolejnych dziesięć lat. Wtedy wszystko wydawało się im proste. Strach się nie liczył. Byli we dwoje i to dodawało otuchy. A później z prędkością jednego mrugnięcia byli już w tym wieku o którym marzyli, a który wcale nie był taki idealny. Dorosłe życie przyniosło ze sobą wiele rozczarowań. Przede wszystkim rozdzieliło ich jako przyjaciół. Tak jak w okresie dzieciństwa widzieli siebie wspólnie ślęczących nad książkami, by jak najlepiej przygotować się egzaminów, bawiących się na domówkach u znajomych, czy też podbijających świat w czasie kolejnych przerw między semestrami, tak teraz pozostało po tym jedynie wspomnienie, dziura na miejscu drugiej osoby oraz słodki smak lemoniady w ustach, przy której to powstawały kolejne plany. Od pewnego czasu dzieliła ich odległość minimum dwustu mil, nie wspominając o oceanach, pasmach górskich i półkulach, które bardzo często wkradały się na linię ich łączącą. I nieważne jak bardzo by nie chcieli, palce wysuwały się ze wzajemnych uścisków, spojrzenia blakły, a marzenia upadały do wielkiej dziury zwanej dystansem. Wszyscy żyjemy na jednej planecie, w jednym wymiarze. Często jednak zapominamy, że to co nas otacza dzieli się na dwa światy. I tym właśnie jest dorastanie. Przejściem między dwoma światami. Ogromną pułapką, do której świadomie wkraczamy.

Tymczasem to Dan towarzyszył Ally w tym ważnym dniu. I to on popychał ją do przodu, chroniąc tym samym przed lękiem. Bo najlepszym dla niej lekarstwem w chwilach zwątpienia, było rzucenie na głęboką wodę. Postawienie pod ścianą nigdy nie było przyjemne, ale w jej wypadku wyjątkowo sumiennie działało.

Wzięła głębszy oddech, przypominając sobie, że przecież nie może wiecznie stać w miejscu i poprawiając spodnie po wyjściu z auta, spojrzała na wyczekującego Dana.

- Idziemy.

~*~
Even if my whole life I never find the place where I belong.

Ciemne smugi żaluzji wiły się po nagrzanych już panelach, kiedy następnego ranka obracała się na drugi bok, budząc się z sennego letargu. Przeciągłe ziewnięcie opuściło jej usta i nie zdołał go powstrzymać nawet materiał poduszki, pachnący czystym piżmem, w którego wtulała rozgrzany od snu policzek. Pokurczone kości strzyknęły zgodnie, kiedy tylko dziewczyna postanowiła się naciągnąć. Po całym tym rytuale ostrożnie otworzyła oczy i zdecydowała się na spuszczenie chociaż jednej nogi na podłogę.

Ostatecznie po dziesięciu minutach walki, łóżko odpuściło, puszczając zaspaną dziewczynę wolno. Poprawiła podwiniętą koszulkę, z niechęcią sięgając po leżące na szafce nocnej okulary. W takich momentach przeklinała swoją wadę wzroku i to, że soczewki kontaktowe pozostają w otwartym konflikcie z pomysłem co do spania w nich. Podchodząc do okna, walczyła ze zmierzwionymi włosami, wiążąc je w kucyk na czubku głowy, a kiedy tylko nieprzytomne jeszcze tęczówki namierzyły na podjeździe sąsiedniego domu czarny samochód, cała misterna fryzura skończyła gorzej jak źle. Wraz z opadającymi na ramiona włosami, od ziemi odbiła się ciemna wsuwka oraz cieniutka gumka.

- Zayn! – pisnęła głośno i nie czekając na nic, ruszyła w stronę wyjścia. Schody zatrzeszczały, drzwi huknęły, a po ogrodzie rozniósł się krzyk ekscytacji. Nie dbała o swoją piżamę, czy też zaspaną twarz. Gnała ile sił w nogach, na co tata koszący trawę w ogrodzie z rozbawieniem pokiwał głową, krzycząc coś, do siedzących pod żywopłotem kobiet. Tricia wraz z Sophie piły poranną kawę, czekając na dalszy rozwój wydarzeń i tylko śmiechem kwitując poranny maraton Ally.


- Zayn! – krzyknęła jeszcze, wdrapując się na schody prowadzące do tylnego wejścia do domu. Nie dane jej jednak było ich przeskoczyć, gdyż w porę wyłonił się równie zadowolony brunet, który złapał w locie ciało blondynki, niechybnie dążące do bliskiego, i mało romantycznego, spotkania ze świeżo pomalowaną futryną.

- Śpiąca królewna wreszcie się obudziła – zaśmiał się w jej włosy.
            
- Dlaczego nie mówiłeś, że przyjeżdżasz?

- Niespodzianka? – rzucił niezręcznie, wyginając swoje dłonie, na co przewróciła oczami. – I nie przewracaj mi tutaj oczami smarkulo, tylko zbieraj się. Idziemy na deskę.

- W takim razie nie gotuję obiadu – zaśmiała się Sophie, spoglądając na dwójkę przyjaciół znad beżowego kubka wypełnionego aromatyczną kawą, a w jej błękitnym spojrzeniu można było dostrzec coś na kształt czułości.

I rzeczywiście po upływie mniej więcej godziny sunęli ulicami Bradford, uciekając przed samochodami, ludźmi i promieniami słońca, które zwiastowały powolny upływ czasu. Odwiedzili wiele wspólnych miejsc, od starego placu zabaw, piekarni z ulubionymi grahamkami, gdzie zaopatrzyli się w obiad, który ostatecznie zjedli na boisku szkolnym. Resztę popołudnia spędzili natomiast na grze w koszykówkę starą piłką ukrytą w krzakach za ogrodzeniem, czy też wygrzewaniu się w słońcu, leżąc plackiem na trybunach otaczających murawę. I choć sama gra nie szła Ally najlepiej, bo gdzieżby mogła równać się wzrostem Malikowi, to jej spryt w odbieraniu piłki robił ogromne wrażenie.

- Zayn? – odezwała się cicho, dzióbiąc palcami w resztkach bułki. Siedzieli wówczas na boisku do koszykówki. Ona po turecku, z woreczkiem na posiłek między nogami. On z wyłożonymi przed siebie nogami, ramionami podtrzymującymi od tyłu plecy i głowa odchyloną do tyłu. Takie ułożenie pozwalało jej na bezkarne lustrowanie jego profilu.

Sterczące włosy rozwiewał delikatny podmuch wiatru. Oczy, choć przymknięte, zdawały się emanować spokojem. Zarys szczęki, choć uwydatniony, wskazywał rozluźnienie. Delikatny zarost naznaczał jego policzki, przez co wydawał się doroślejszy, niż chciałaby, by wyglądał. Słońce tańczyło na jego oliwkowej skórze, na zmianę okraszając jego twarz cieniami bądź też jaskrawymi punkcikami. I tylko kotary rzęs od czasu do czasu przecinały powietrze, powodując lekkie zmarszczki w okolicach oczu.

- Hmm? – wymamrotał gardłowo.

- Pamiętasz, jak mówiłeś, że nic nas nie poróżni? – zapytała niepewnie, jakby wstydząc się, że taka myśl przemknęła jej przez głowę. Chłopak odczekał chwilę w takiej pozycji, by po chwili ostrożnie się podnieść. Otworzył czekoladowe tęczówki, które w wyniku padającego z boku światła słonecznego były odrobinę prześwietlone. Rozjaśniło to jednocześnie ciemny odcień brązu, sprawiając, że jego łagodne spojrzenie przybrało bardziej subtelny charakter.

- Bo nie poróżni, All – uśmiechnął się ciepło, gładząc opuszką palca jej odkryte ramię. Uniosła delikatnie ku górze kąciki ust, odgarniając z twarzy zabłąkany kosmyk włosów. Ostatnie muśnięcia słońca rozświetlały jej twarz, powodując, że oczy przybrały czysto zielony kolor.

I właśnie w takich momentach, gdy patrzył na nią z radością, nutą nostalgii i pewną dozą zachłanności, uświadamiała sobie jak bardzo za nim tęskniła. Każdego dnia, niezależnie od pory. Noce były najgorsze, gdyż przeważnie dzieliły ich różnice czasowe. A nawet jeśli nie, głupio jej było dzwonić, gdyż było jej źle, czy też najzwyczajniej się bała. Chociaż zawsze powtarzał, że ma się z czymś takim nie wstrzymywać, ona czuła się nie w porządku, bo wiedziała, że on musi odpocząć. I to zazwyczaj nocą wspominała chwile, kiedy miała go obok siebie, bez większych przeszkód. Tęskniła za nim myjąc naczynia, bo nie miał jej kto jej pomóc w wycieraniu talerzy. Tęskniła pisząc egzaminy, bo nikt nie uśmiechał się do niej pokrzepiająco z drugiego końca sali. Tęskniła pijąc herbatę, bo jego kubek pozostawał pusty. Tęskniła zasypiając, bo pościel wydawała się zimna, ze względu na nienaruszony zakaz. Zamiast wdrapywać się przez okno jej sypialni, spał gdzieś po drugiej stronie oceanu kontynentu, a ona miała cichą nadzieję, że on również wyczuwa potrzebę tej bliskości. Tęskniła nawet wtedy, gdy telefon wydawał z siebie głuchy dźwięk, zawieszając niewypowiedziane słowa na linii.

Westchnął głęboko, widząc jej nieprzekonaną minę i podnosząc się z ziemi, wyciągnął ku niej dłoń.

- Wracajmy do domu – stwierdził.

Wiatr rozwiewał ich włosy, gdy sunęli deskorolkami w dół ulicy, a pomarańczowe, niemal pastelowe, odcienie słońca zalewały ich twarze. Promienie jednak ich dosięgły i na nic zdała się wcześniejsza próba ucieczki. Niewiele myśląc, Zayn ujął dłoń Ally, czując jak jej gładkie opuszki dotykają jego szorstkiej skóry. I chociaż nie widział jej miny, zdawał sobie sprawę, że tego właśnie potrzebuje. Jego bliskości. A jakież było jego zdziwienie, kiedy po kilku chwilach zdał sobie sprawę, że jeszcze mocniej zakleszcza jej rękę w swoim uścisku, również łaknąc jej obecności.

*
But now i'm marching alone down a quiet road.

W kuchni roznosił się zapach żurawinowej herbaty, która przy każdym ruchu oblewała ścianki kubków trzymanych przez nich w dłoniach. Siedzieli na kuchennym blacie, na którym wymalowane były cienie zazdrostek zaczepionych na ramach okiennych. Rozmowę przerwała im jednak Sophie, która pojawiła się w pomieszczeniu z kilkoma kopertami w dłoni.

- Oho! Będzie deszcz, bo małpy wychodzą do góry – przywitała się kobieta, widząc w jakim położeniu była ta dwójka, by po chwili przejść do sedna sprawy.

- Babcia oddaje. Masz do niej później zadzwonić i radzę ci to zrobić, bo już w miejscu usiedzieć nie może, że jej wcześniej nie powiedziałaś – zaśmiała się łagodnie, by po chwili skierować się do lodówki, w celu wyciągnięcia kartonu soku. Reakcja dziewczyny była jednak wyjątkowo niespodziewana. Poczuła ciepło na karku, a jej oczy momentalnie się powiększyły. Nim zdążyła zareagować, Zayn zadał pytanie. A wtedy nie było już ucieczki.

- Co to jest?

Ciemnowłosa wyprostowała się, spoglądając z ukosa na zmartwioną córkę. Co prawda ostatnio coś wspominała jej o swoim wahaniu, co do poinformowania chłopaka, gdyż wydawało jej się to niesprawiedliwe. Pani Bray szybko jednak sprowadziła swoje dziecko na ziemie wywodem, że przecież w życiu coś trzeba robić, siedzenie w miejscu nic nie daje, a jej strach i ciągłe zamartwianie się innymi osiąga już bardzo niezdrowe apogeum. Wniosek był z tego jeden; Allea nie mogła cały czas patrzyć na innych, ani też sprawiać, że im będzie lepiej kosztem niej samej. Nadszedł czas, by zaopiekować się własnym życiem.

- Nic – odparła na urywanym oddechu, bo mimo że słowa mamy do niej dotarły, w obliczu wyjawienia informacji sparaliżowała ją niepewność. Sophie szybko opuściła kuchnię wychodząc z założenia, że tę sprawę muszą rozwiązać między sobą.

- All? – Chłopak podejrzliwie zmarszczył brwi spoglądając na blondynkę. Oplatając górą kubka palcami, odłożył go na bok, chcąc zeskoczyć z blatu, jednak ubiegła go, w ułamku sekundy łapiąc w dłonie koperty.

- Ally! – rzucił, a w jego głosie na przemian rozbrzmiewało zdumienie i rozbawienie. Przycisnąwszy papier do piersi, spojrzała na niego, przybierając groźny wyraz twarzy.

- Nie patrz tak na mnie! – Nie dawał za wygraną, wzrokiem próbując rozłożyć ją na czynniki pierwsze. – Powiedziałam, nie patrz tak na mnie. Zayn! Nie powiem ci. Słyszysz?

Po chwili jednak wypuściła bezradnie powietrze z ust, a rysy jej twarzy przybrały skruszony wyraz.

- Dostałam się na studia – wymamrotała, podając mu zaadresowaną jej imieniem kopertę. W jej oczach widział żal tłumiący oczekiwaną w takich momentach radość. Lustrował ją ostrożnie i sam nie wiedział dlaczego. Czy chciał wybadać motywy jej reakcji, czy chciał dać czas samemu sobie, żeby tę informację przyswoić.


Przeczytał oficjalne pismom i podnosząc głowę zauważył, że Ally zagryza wargę, wzruszając przy tym ramionami.

- Jej, All! To… to niesamowicie! Czemu mi nie powiedziałaś wcześniej?

- Nie chciałam zapeszać? – Było to bardziej pytanie jak odpowiedź.

Cieszył się, że niebieskooka osiągnęła taki sukces. Londyńska uczelnia była jedną z najlepszych, a to, że zakwalifikowano dziewczynę do grona jej studentów świadczyło o dobrze zdanych egzaminach i zauważonym potencjale. Żałował jedynie tego, że nie może jej towarzyszyć na tym etapie życia. Bo to oboje mieli iść na tę uczelnię. Taki był plan. Zayn przetrze szlaki, jako że był starszy, a później razem będą cieszyć studenckim życiem. Po ostatnich egzaminach znajdą lepsze mieszkania, poszukają bardziej oficjalnej prace, zwiedzą trochę świata i dopiero po tym wszystkim pomyślą o założeniu rodziny, żeby spotykać się na wspólnych ogniskach, organizować wspólne wakacje i na zmianę odwozić dzieci do szkół. Snuli takie fantazje jeszcze w szkole podstawowej, kiedy to Ally skłonna była myśleć o przeszłości. Po kilku latach zaczęła się jej obawiać i nie potrafiła wyłuskać nawet cienia wizji. Dlatego też słowa wypowiadane w tamtym okresie czasu stały się niejako arkadią przyszłości. Czymś, do czego oboje dążyli.

- Trzeba ci mieszkanie załatwić, żebyś na spokojnie mogła to wszystko ogarnąć przed semestrem – ochoczo klasną w dłonie, a po nostalgii nie było już śladu. – Mam załatwienie w stolicy, więc pojedziemy razem i się rozglądniemy. Bez dwóch zdań!

I nim się obejrzała, na następny dzień siedziała w samochodzie bruneta, jadąc w stronę Londynu.

I think I finally know that I'm a hollow home.




a/n: Cześć i czołem! Ten rozdział powinien pojawić się już dawno. Bardzo dawno, ale uwierzcie mi, tak dużo się dzieje, że często najzwyczajniej nie mam głowy, żeby o wszystkim pomyśleć. Wrócił mój laptop, więc ruszę do przodu z tworzeniem zapasu rozdziałów. Was zostawiam z tym, co u góry, a ja idę dalej korzystać z bliskości mojego łóżka, które wyjątkowo dobrze się mną opiekuje po wczorajszej studniówce. Trzymajcie się i do napisania! xx

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz